Napisane: 1906 r.
Po raz pierwszy opublikowane: "Z historii jednego
roku". Petersburg, 1906 r., wyd. "Nowy świat".
Źródło:
http://www.magister.msk.ru/library/trotsky/trotl101.htm
Tłumaczenie: Cezary
Adaptacja:
Wojtek -
Polska Sekcja MIA - grudzień 2002..\..\index.htm
Narada ziemska z 7-9 listopada 1904 r. otworzyła tamę przed opozycyjnymi nastrojami "liberalnego towarzystwa". Zjazd jak wiadomo nie składał się z oficjalnych przedstawicieli wszystkich ziemstw, ale mimo wszystko brali w nim udział przewodniczący zarządów i wiele "autorytetów", których umiarkowanie miało dodawać im powagi i znaczenia; co prawda zjazd nie został zalegalizowany przez biurokrację, ale odbywał się za jej wiedzą i dlatego nie ma nic dziwnego w tym, że inteligencja, doprowadzona przez lekcje, jakie przeżyła, do skrajnej lękliwości, doszła do wniosku, że jej najskrytsze marzenia konstytucyjne, tajne pomysły wymyślone podczas bezsennych nocy otrzymały dzięki rezolucjom tego półoficjalnego zjazdu półlegalną sankcję. A nic nie mogło tak dodać rześkości złamanemu liberalnemu towarzystwu, jak świadomość, choćby i mglista, że jego petycje stoją na gruncie ducha i litery prawa, że jego opozycyjne uczucia skierowały się w zalegalizowane koryto.
Zaczęło się pasmo bankietów, rezolucji, oświadczeń, protestów, listów i petycji. Wszelkie możliwe kolektywy wychodziły od potrzeb zawodowych, wydarzeń lokalnych, uroczystości jubileuszowych, a dochodziły do tego sformułowania żądań konstytucyjnych, które najlepiej zostało wyrażone w słynnych 11 punktach rezolucji ziemskiej. "Demokracja" spieszyła się, żeby utworzyć wokół ziemskich bohaterów chór, żeby podkreślić ważność ziemskich postanowień i pogłębić ich oddziaływanie na biurokrację! Całe polityczne zadanie chwili sprowadzało się dla liberalnego towarzystwa do nacisków na biurokrację zza pleców narady ziemskiej - i nic więcej. Inteligencja tak długo czekała na prorocze słowo ziemskie, część jej z takim trudem, w pocie czoła, chodziła wokół ziemców, namawiała ich, nakłaniała, błagała, naradzała się z nimi, że w końcu inteligencji po prostu zaczęło się wydawać, że wystarczy tylko tym umiarkowanym i reakcyjnym ziemcom powiedzieć wreszcie słowo prorocze, wystarczy by prasa powtórzyła hucznie to słowo tysiąc razy, a runą mury Jerycha. Zadanie wydawało się być strasznie prostym, a cel bliskim, że tylko ręką sięgnąć. I oto w końcu w listopadzie długo oczekiwane słowo zostało wypowiedziane. Liberalne towarzystwo jak jeden mąż podchwyciło je w lot i wiernie jak echo powtarzało je we wszelkich możliwych tonacjach.
Inteligencja zmobilizowała opinię publiczną swego wąskiego kręgu z zadziwiającą szybkością. Wykorzystała zebrania jubileuszowe z okazji czterdziestolecia statutów sądowych do sformułowania swej myśli. Rezolucje konstytucyjne zostały przyjęte w trzeciej dekadzie listopada na zebraniach adwokatów w Moskwie (300 osób) i w Petersburgu (400 osób), potem na uroczystych bankietach w Petersburgu (650 osób), w Moskwie (tyle samo), Kijowie (850 osób), Odessie (500 osób), Saratowie (do 1500 osób), Kursku, Włodzimierzu, Woroneżu, Jarosławiu, Tambowie, Smoleńsku, Niżnim Nowgorodzie i tak dalej(1). Skład tych zebrań był prawie wyłącznie inteligencki: dziennikarze, profesorowie, pedagodzy, lekarze, adwokaci...
Rezolucje przyjęte na tych zebraniach, jak pisze "Prawo", sprowadzają się do tego że "przy reżimie biurokratycznym, który panuje w naszym kraju, najbardziej elementarne warunki prawidłowego obywatelskiego współżycia nie mogą zostać urzeczywistnione, i wszelkie częściowe poprawki w obecnym ustroju organów państwowych nie osiągają celu; dla normalnego rozwoju życia narodowego w obecnej chwili bezwzględnie jest niezbędne, żeby wszystkim obywatelom zapewnić niezbywalne prawa: nietykalność osobistą, wolność sumienia, słowa, druku, zgromadzeń i stowarzyszeń; niezbędne jest zniesienie ograniczeń stanowych, narodowych i wyznaniowych i rzeczywista równość wszystkich wobec prawa, dopuszczenie do stanowienia praw i nakładania podatków przedstawicieli swobodnie wybranych przez cały naród, zagwarantowanie odpowiedzialności ministrów przed przedstawicielstwem narodowym i zgodność z prawem wszelkich aktów i rozporządzeń władzy administracyjnej, co można osiągnąć przez reorganizację ustroju państwowego na podstawach konstytucyjnych, niezbędne jest niezwłoczne zwołanie Zgromadzenia Ustawodawczego, składającego się ze swobodnie wybranych przedstawicieli, a także zupełna i bezwarunkowa amnestia dla wszystkich przestępców politycznych i religijnych"(2).
Tu, w tej zbiorczej rezolucji, w której pada już słowo "konstytucja", którego nie było w uchwałach zjazdu ziemskiego, lecz która niewolniczo trzyma się tych uchwał pod względem określenia nowego ustroju, która wspomina już o Zgromadzeniu Ustawodawczym, utożsamiając je jednak ze "swobodnie wybranymi przedstawicielami", o których mowa w programie ziemskim, i podobnie jak ona nie porusza problemu ordynacji wyborczej - w tej kompromisowej rezolucji, charakteryzującej pierwszą chwilę przebudzenia inteligencji, widzimy wspólne dla całej "demokracji" dążenie do powiązania naprędce bardziej określonych i radykalnych haseł, które wbiły się w inteligencję od dołu, z ostrożnymi konstytucyjnymi obiecankami, z czcią przyjętymi przez nią od góry i udowodnienia władzom, że całe społeczeństwo jak jeden mąż chce tego samego. Zgodnie z postawionym sobie zadaniem: wypełnić rolę narodu przy wystąpieniu ziemskim, demokracja przejawiła najwyższy "takt" czy też zdolność do zdrady - to zależy od punktu widzenia - i w całym szeregu artykułów i rezolucji nie podejmowała, pominiętego także przez ziemców, palącego problemu przerwania wojny.
Jednak ta aprioryczna harmonia inteligencji z ziemcami nie mogła bez końca trwać. Na bankietach coraz częściej i częściej występują niespokojne, kanciaste, niecierpliwe i nie do zniesienia radykalne figury a to rewolucyjnego inteligenta, a to robotnika, ostro demaskują ziemców i żądają od inteligencji jasnych haseł i określonej taktyki. Na nich się macha rękami, krzyczy, uspokaja się ich, dogadza się im i zaspokaja ich pragnienia, zamyka się im usta, wreszcie się ich wygania, ale radykałowie robią swoje. Żądają i grożą w imieniu proletariatu. Słowo to na razie jeszcze wydaje się inteligencji zwrotem stylistycznym, tym bardziej że sam proletariat przyłączył się do kampanii listopadowo-grudniowej jedynie bardzo cienką warstwą, i "prawdziwych robotników", których pojawianie się na bankietach rodziło mieszane uczucia wrogości, obawy i ciekawości, można było w tym okresie na palcach policzyć. Jednak i tego wystarczyło, żeby zmusić gdzieniegdzie inteligencję do większej troski o określony charakter jej oświadczeń niż o ich współbrzmienie z punktami ziemskich rezolucji.
Jeśli Petersburskie Towarzystwo Lekarskie wykorzystuje jeszcze przypadek doktora Zabusowa(3), żeby ogłosić 8 stycznia o swej zupełnej solidarności z "większością zjazdu działaczy ziemskich 6-9 listopada", to Smoleńskie Towarzystwo Medyczne przyłącza się do rezolucji narady ziemskiej już dodając, że podstawowym warunkiem wszystkich i wszelakich reform jest "urzeczywistnienie zasady rządzenia krajem (a nie udziału w rządach! - L. T.) przez swobodnie wybranych przedstawicieli całej ludności", a Kurskie Towarzystwo Lekarskie już zastrzega, że wybory przedstawicieli ludowych powinny być dokonane na podstawie "powszechnego, bezpośredniego i równego dla wszystkich prawa wyborczego".
Jeśli grudniowy zjazd chirurgów rosyjskich w Moskwie mówi jeszcze bardzo cichutko o "twardym porządku prawnym, zapewniającym nietykalność osobistą, wolność słowa i druku", jeśli list artystów scen rosyjskich na temat potrzeb teatru ogólnikowo głosi, że "teatr może otrzymać tak pożądaną przezeń wolność jedynie pod warunkiem powszechnego, praworządnego ustroju", i szuka przy tym oparcia w okoliczności, że "państwowe znaczenie teatru zostało uznane uchwałą powołanej przez Najjaśniejszego Pana komisji do spraw rewizji ustawodawstwa teatralnego", jeśli znany list o "potrzebach oświaty", napisany na początku stycznia, przyłącza się do jednoczącej "całe rosyjskie społeczeństwo" myśli, mocno wyrażonej w rezolucjach zjazdu działaczy ziemskich, w postanowieniach moskiewskiej dumy miejskiej, zebrań ziemskich moskiewskiego, kałuskiego i innych, kolegiów naukowych i grup społecznych, i żąda "ustanowienia swobodnie wybranych przedstawicieli całego narodu", to kijowski zjazd kryminalistyków, który odbył się 3 i 4 stycznia, już znacznie bardziej stanowczym tonem oświadcza, że niezbędne krajowi reformy "nie mogą zostać urzeczywistnione przez biurokrację, niezdolną do twórczego odnowienia rosyjskiego życia, lecz tylko przez przedstawicieli narodu, swobodnie wybranych w powszechnym, bezpośrednim, równym i tajnym głosowaniu". Rezolucja ta została uchwalona dopiero po długiej walce z umiarkowaną częścią zebrania, która starała się pominąć problem formy ordynacji wyborczej, a rezolucję upodobnić do ziemskiej. Prof. Fojnickij(4) zapewniał, że taka rezolucja da więcej dobrych rezultatów, niż jeśli pozostawimy w niej słowa, które mogą kogoś rozdrażnić, a znany nam już prof. Gredeskul(5) wygłosił przy tej okazji prawdziwie klasyczny frazes: "kiedy dokonujemy istotnego aktu, który ma wpłynąć na życie naszego kraju, to musimy trochę wziąć sobie na wstrzymanie". Widać prof. Gredeskul jest zdania, że "gorączkowanie się" na temat powszechnego prawa wyborczego jest dopuszczalne jedynie w tym wypadku, jeśli się z góry wie, że to i tak nie będzie miało żadnego wpływu "na życie naszego kraju".
Ten sam zjazd opowiedział się przeciw karze śmierci, przy czym p. Margulies(6), autor rezolucji w tej sprawie, zgłosił ją przy gromkim aplauzie, mówiąc: "Na śmierć skazuje się tych, których sędziowie uważają za winnych ciężkich przestępstw, a my i cały lud - za bohaterów i męczenników prawdy i szczęścia ludu".
33 obywateli z miasta Siewska w guberni orłowskiej, poruszonych upadkiem Port Artura, oświadczyło w liście otwartym, że tylko "przedstawiciele ludu, wybrani przez wszystkich, bez różnicy tytułów, majątku i pochodzenia, w powszechnych i równych wyborach, wskażą Najjaśniejszemu Panu, co jest potrzebne krajowi i jak zaspokoić potrzeby ludu".
Tych 33 obywateli z Siewska, "z zabitej deskami mieściny na prowincji", przekazało pozdrowienia członkom kadłubowej narady ziemskiej z 6-8 listopada i wyraziło nadzieję, że ich słaby głos zostanie usłyszany w innych prowincjach i wywoła tam odpowiedni oddźwięk. Niestety! pobożnym życzeniom 33 obywateli z Siewska nie dane było się ziścić. 31 grudnia napisali swój list otwarty i wysłali go do redakcji "Nowego Życia", ale tam został on skonfiskowany podczas rewizji po wydarzeniach styczniowych i dopiero w maju ujrzał światło dzienne. Jednak obywatele z Siewska mogą się pocieszyć tym, że wydarzenia styczniowe, w których zaginął ich list, tak potężnym głosem wypowiedziały tę nędzę i ból, o których nieśmiało skomlili i obywatele z Siewska, i inni, że głos ten, jak bicie na trwogę, został usłyszany we wszystkich prowincjach naszej ojczyzny.
W procesie tej kampanii bankietowej i rezolucyjnej tworzy się rzeczywiste złudzenie: inteligencji jej mowy wydają się na tyle przekonujące, że oczekuje ona niezwłocznej kapitulacji wroga. Niektóre organy prasowe tak właśnie stawiały sprawę. Wypowiedzieliśmy się stanowczo, jasno i wyraźnie. Rząd usłyszał, jakie jest zdanie kraju. Od teraz nie może udawać, że o tym nie wie. Wierzymy w dobre intencje rządu - i czekamy. Czekamy z niecierpliwością! - powtarzała prasa dzień po dniu.
"Na piękne słowa o zaufaniu, wypowiedziane przez obecnego kierownika naszej polityki wewnętrznej - wierciło się demokratyczne "Prawo" - społeczeństwo rosyjskie, zresztą jak zawsze, odpowiedziało pełnym zaufaniem. (...) Społeczeństwo zachowało się tak jak trzeba, teraz kolej na rząd!" - wyzywająco i zarazem uniżenie wołała gazeta. Rząd księcia Swiatopołka-Mirskiego przyjął "wyzwanie" i właśnie za ten wiercący się artykuł wystosował do "Prawa" ostrzeżenie. Potem zaczął na nie spadać grad ciosów.
Ciągle jeszcze mamy nadzieję i czekamy, ale wreszcie możemy stracić cierpliwość! - tęsknie skarżyła się liberalna prasa. Coraz bardziej i bardziej traciła grunt pod nogami. Nie dowierzając, rozglądała się wokół i nie znajdowała wyjścia. Liczyła głównie na siłę pierwszego wrażenia. Ale oto ziemska ciężka artyleria dała znać o sobie, wystrzeliwszy na wiwat; na znak poparcia dla niej "całe społeczeństwo" tak samo wystrzeliło oczywiście ślepymi nabojami. A mury Jerycha stoją - i mało tego, za nimi coś knują. Rezolucje wciąż jeszcze sypały się obficie, ale już przestały robić wrażenie. W pierwszym okresie wydawało się, że rezolucja sama przez się może wysadzić w powietrze biurokrację jak mina morska, ale w praktyce okazało się, że nie może. Do rezolucji zaczęli wszyscy się przyzwyczajać - i ich autorzy, i adresaci. Głos prasy, którą zresztą ministerstwo zaufania wewnętrznego coraz mocniej dusiło, stawał się bezprzedmiotowo rozdrażniony. Już bez pewności z pierwszych dni to doradzała ona biurokracji, aby szczerze pojednała się ze społeczeństwem, to zaczynała jej udowadniać, że po tym wszystkim, co o niej powiedziano, honorowy obowiązek i zwykła przyzwoitość nakazują jej zejść ze sceny i zrobić miejsce "żywym siłom kraju".
Inteligencja jest skrajnie niejednorodna. Podczas gdy jej wpływowe jądro, solidni dyplomowani ojcowie, materialnie czy ideowo związani z cenzusowymi ziemstwami, nieustannie udowadniało umiarkowanie, mądrość i lojalność rezolucji ziemskich, to szerokie demokratyczne obrzeża, głównie młodzież, gorąco i szczerze przyłączyły się do rozpoczętej liberalnej kampanii w celu wyprowadzenia jej z jej żałosnego koryta, nadania jej bardziej bojowego charakteru, związania z ruchem mas. W ten sposób narodziły się demonstracje uliczne w Petersburgu 28 listopada(7) oraz w Moskwie 5 i 6 grudnia(8). Demonstracje te dla radykalnych "dzieciaków" były bezpośrednim wnioskiem wynikającym z haseł, wysuniętych przez liberalnych "ojców". Ale umiarkowani ojcowie, jak to zawsze z nimi bywa, krzywo patrzyli na bezpośredni wniosek, obawiając się, że nieostrożnymi, zbyt porywczymi ruchami "społeczeństwo" może zerwać delikatną pajęczynę zaufania...
Demonstracje okazały się być nieudane. Rozpoczęta kampania konstytucyjna, w istocie składająca się ze wzajemnego przerzucania się rezolucjami na ograniczonym polu, nie wciągnęła szerokich mas, prawie do nich nie doszła. A ten wewnętrzny głęboki proces, który dokonywał się w tych masach, rozumie się, że nie dokonywał się z okazji zaimprowizowanego wystąpienia młodzieży demokratycznej. Studentów nikt nie poparł ani z prawa, ani z lewa.
Mimo wszystko te demonstracje po długim okresie ciszy, przy niejasnej sytuacji wewnętrznej wywołanej przez porażkę polityki zagranicznej - polityczne demonstracje w głównych miastach, demonstracje o których depesze poszły w świat, wywarły jako objaw znacznie większe wrażenie na "kierownikach naszej polityki wewnętrznej" niż z gracją tańczone menuety prasy liberalnej.
Na tę kampanię konstytucyjną, rozpoczętą zebraniem kilkudziesięciu ziemców w mieszkaniu pana Korsakowa, a zakończoną aresztowaniem kilkudziesięciu studentów przez policję, rząd odpowiedział 12 grudnia znanym dekretem i nie mniej znanym oświadczeniem.
Przestraszony przez "dzieciaków" rząd wyszedł naprzeciw ojcom i od samego początku wprowadził ostre rozróżnienie między szlachetnie myślącą częścią społeczeństwa, która prawdziwy sukces ojczyzny widzi w utrzymaniu spokoju w państwie i nieprzerwanym zaspokajaniu licznych potrzeb ludu" a osobami, "które dążą do wniesienia w życie społeczne i państwowe zamętu i wykorzystać do swoich celów powstałe w społeczeństwie poruszenie umysłów". Rozumie się, szlachetnie myślący ojcowie zupełnie nie byli usatysfakcjonowani nieokreślonymi obietnicami, ale chwycili się tego dokonanego przez rząd rozróżnienia między nimi a wichrzycielami, żeby zapewnić rząd o swojej lojalności i równocześnie postraszyć go rewolucją. Pan Jewgienij Trubieckoj(9), książę, profesor i zdaniem p. Milukowa bardzo dobry pisarz, a prywatnie brat księcia Siergieja Trubieckiego, napisał piękny artykuł w "Naszych Dniach" w imieniu "tej właśnie części społeczeństwa rosyjskiego, która ceniąc zasady monarchiczne, prawdziwy sukces ojczyzny widzi w utrzymaniu spokoju w państwie i nieprzerwanym zaspokajaniu licznych potrzeb ludu", czyli tak jak tego wymaga wyżej wymieniony rządowy dekret. Bardzo dobry pisarz obwieścił w bardzo dobrej gazecie, że "zawsze należał do tych, co marzą o niewzruszonym porządku prawnym w reformującym się imperium"(10).
Prasa liberalna dosłownie wywracała się na nice w dążeniu do zmuszenia rządu, aby z dekretu z 12 grudnia wyczytał wszystkie nadzieje konstytucyjne "szlachetnie myślącej części" społeczeństwa. Pierwsze skrzypce w tej sztuce grały, rozumie się, "Rosyjskie Wiadomości", gazeta wystarczająco przywykła przez kilka dziesięcioleci swojej wegetacji do subtelnych posunięć dyplomatycznych. "Rosyjskie Wiadomości" udowadniały ni mniej ni więcej, tylko że ponieważ dekret z 12 grudnia wymaga ustanowienia praworządności i skończenia z samowolą, ponieważ samowola najlepiej rozkwita w mrokach tajności, ponieważ zdemaskowanie wady jest bardzo skutecznym środkiem dla zapewnienia triumfu cnoty, to znaczy dekret tak jakby ustanawia wolność słowa, i każdy, kto od tej pory dokonywałby zamachów na prawo prasy do takiego demaskowania, "postawiłby się w szeregach zwolenników samowoli, którą potępił dekret Najjaśniejszego Pana". "Rosyjskie Wiadomości" jak wiadomo przez czterdzieści lat trzymały się przekonania, że poręczniej jest wyczytywać konstytucję z dekretów Najjaśniejszego Pana, niż o nią walczyć.
I w końcu ta umiarkowana gazeta, nie znająca umiaru tylko w płaszczeniu się, określiła znaczenie aktu z 12 grudnia taką nieśmiertelną tezą: "To znaczy, że przyniosła plony wieloletnia praca myśli społecznej, która (...) nie przestawała wskazywać na istotną konieczność tych samych przemian, które teraz z wysokości tronu zostały uznane za odpowiadające dojrzałej potrzebie". 12 grudnia wyjaśniło się, widzicie, że przyniosła plony wieloletnia praca rosyjskiej myśli społecznej! Carski ukaz był jej plonem!
"Nie przestraszcie tych starców"... Ich rzeczywiście nie warto byłoby straszyć, gdyby oni w cichej samotności przędli swą przędzę. Ale takie było w istocie stanowisko całej demokracji, na ile ma ona oficjalne przedstawicielstwo. "Nasze Dni", ozdoba i duma wiosennego radykalizmu, przedrukowywały współczującą kursywą konstytucyjne sylogizmy moskiewskich liberalnych staroobrzędowców. Pan Struwe zalecił, by reformy, przewidziane w dekrecie, uczynić punktami wyjścia do dalszej taktyki. Złamana niepowodzeniem pierwszego konstytucyjnego "nacisku", zaniepokojona zachowaniem lewego skrzydła inteligencji, prasa liberalna milcząco przełknęła oświadczenie rządowe jako przypadkowy dysonans w muzyce zbliżenia, i schwyciła się dekretu.
Ale praktyka represji jakby miała na celu pozbawić liberałów ich złudzeń, a wydany przez księcia Swiatopołka 31 grudnia okólnik(11), który wepchnął obiecaną reformę chłopską w koleiny wytyczone przez Plehwego, zmusił "Nasze Dni" (Nr 19) do stwierdzenia z goryczą, że "linia demarkacyjna między starym a nowym to jedno wielkie nieporozumienie"(12).
Biurokracja dzielnie walczyła o swe niewzruszone prawa. I na początku stycznia nawet "Nowy Czas" uznał za swój obywatelski czy służbowy obowiązek donieść na "ludzi, odgrywających określoną rolę w zaprojektowaniu dekretu z 12 grudnia, a mimo to dopuszczających (czyżby w prywatnych rozmowach z członkami redakcji? - L. T.) nadzieję na możliwość rozgrywania tych problemów w tym czy innym kierunku".
Wtedy prasa liberalna zaczęła straszyć biurokrację widmem rewolucji. Czy rzeczywiście w nią wierzyła? Ona sama tego w rzeczywistości nigdy nie wie. Kiedy stoi w obliczu biurokracji, która nie chce się poddać, to zaczyna się jej wydawać, że rewolucja nadchodzi. Jest coraz bliżej i bliżej. Już słychać tupot jej podkutych butów. Już nieboskłon płonie zarzewiem jej złowieszczej pochodni.
- Patrz, ona nadchodzi! - krzyczy liberalne towarzystwo do biurokracji. - Poddaj się, póki nie jest za późno!
A kiedy to samo towarzystwo staje w obliczu rewolucji, to w nią wątpi. Widzi zarzewie jej pochodni i słyszy stuk jej butów, nawet wkłada palec swój w znaki gwoździ, a mimo to nie wierzy.
Tak, błagając, mając nadzieję, grożąc i rozpaczając, stało liberalne towarzystwo w zupełnym zagubieniu pod koniec 1904 roku. Wciąż trzymając rękę na sercu, które jest dla niego źródłem uznania i zaufania, już strzelało oczami w lewą stronę - i mając nadzieję na poparcie, i bojąc się, że poparcie to może zerwać ugodę, która mimo wszystko być może jest jeszcze możliwa.
Wtedy nadszedł "ten dzień", straszny, a wielki dzień, i żadną siłą nie da się już cofnąć czasu. Nadeszła Krwawa Niedziela.
Liberalne towarzystwo było zaskoczone. Okazało się, że wulkan rzeczywiście zdolny jest wypluwać lawę. Szeroko otwartymi ze strachu i bezsilności oczami "towarzystwo" oglądało przez okna rozgrywający się dramat historyczny. Aktywna ingerencja inteligencji w wydarzenia miała naprawdę żałosny i znikomy charakter. Oto jak zaświadcza o tym notatka o petycji inżynierów w "Naszych Dniach": "Prawdopodobieństwo krwawego konfliktu było jasne dla wszystkich ludzi myślących w stolicy już w przeddzień Krwawej Niedzieli. Społeczeństwo, znienacka zaskoczone przez nadciągającą burzę, w męce, zdenerwowaniu i zagubieniu szukało środków mogących zapobiec katastrofie. Grupa inteligencji, która zebrała się późnym wieczorem, szukając wyjścia z groźnej sytuacji, wybrała ze swego środowiska kilka szanowanych osób(13) po to, by ostrzegły przedstawicieli najwyższego kierownictwa o nieuchronnych konsekwencjach wydanych przez nie rozporządzeń". Delegacja udała się do księcia Swiatopołka-Mirskiego i do p. Wittego "z nadzieją - jak wyjaśniały "Nasze Dni" - takiego naświetlenia sprawy, żeby można było uniknąć użycia siły wojskowej". Front szedł przeciw frontowi, a garstka demokratów myślała, że wystarczy wejść na przedpokoje dwóch ministrów, żeby uchronić się przed tym, co było nieuchronne. Ach, jaką żałosną rolę odegrała w wydarzeniach Krwawej Niedzieli, jaką bezsilność ukazała Jej Wysokość Krytycznie Myśląca Osobowość!
"Wiadomo wszystkim - skarżyła się notatka o petycji inżynierów - z jakim stosunkiem do siebie spotkały się te osoby (Swiatopołk-Mirskij ich nie przyjął) i co im przypadło w udziale (zostały aresztowane)". Czyż nie one zostały teraz uznane za tajnych przywódców ruchu robotniczego, "ludzi złej woli, którzy nadali mu charakter polityczny" ? Zaprawdę, to było niesprawiedliwe: Bóg świadkiem, że ani petersburski radny Kiedrin(14), ani profesor Kariejew(15) nie byli winni tajnego kierowania ruchem robotniczym!...
Ale huragan przeszedł - i liberalne towarzystwo zaczęło przychodzić do siebie i podsumowywać wyniki.
"Jeśli są ludzie, którzy i teraz niczego się nie nauczyli - pisało "Prawo" - to świadomi świadkowie tego, co się działo, niech niczego nie zapomną!..."
"Na czym polega sens minionych wydarzeń, na ile możemy go zrozumieć? (Sic! - L. T.) Gdzie szukać wyjścia?... W co wierzyć i na co mieć nadzieję? Chcielibyśmy wierzyć i mieć nadzieję, że znikoma jest liczba ludzi... myślących, że historia nasza nie wypowiedziała nowego słowa i nie wystawiła nowych sił, które starli (chyba "starły"? - L. T.) stare, kłamliwe słowa i zużyte siły".
"Wierzymy w nowe słowa i czekamy na nowe siły. W nich i tylko w nich widzimy gwarancję pokojowej przyszłości naszej ojczyzny..."(16)
Choć dość trudno pojąć, w jaki to sposób Krwawa Niedziela stała się gwarancją pokojowej przyszłości, ale dobre i to, że stare, kłamliwe słowa zostały teraz starte, a ich miejsce zajęła wiara w nowe siły. Od tej pory demokraci z "Prawa" jako "świadomi świadkowie tego co się działo" obiecują niczego nie zapominać, nie wierzyć starym obietnicom, polegać jedynie na sile wystąpienia mas robotniczych - na ile w ogóle język demokracji jest "dostępny naszemu zrozumieniu".
Ale zaraz zobaczymy, jak krótką pamięć mają "świadomi świadkowie tego co się działo"! W cztery dni po Krwawej Niedzieli przysięgają niczego nie zapominać. Równo w miesiąc później zapomną wszystko. Znów uwierzą starym, kłamliwym słowom i zużytym siłom - i znowu wyjdą im naprzeciw ufni, pełni uznania i płomiennej gotowości...
Wcale nie cała prasa liberalna, oszołomiona wielkimi wydarzeniami, potrafiła wznieść się choćby do poziomu nieostrych wywodów "Prawa"."Nasze Dni", ta duma i piękność wiosennego radykalizmu, teraz pisały o krwawym dniu tak: "Kiedy upadają podpory moralne porządku politycznego, to niszczone są i więzi wszelkiego porządku. Najbezprawniejsze środki walki zdobywają sobie niebezpieczną (dla kogo? - L. T.) popularność wśród mas, wywołując panikę u jednych, wściekliznę u innych. Masy się buntują i nie mogą zajmować się pokojową pracą. Praca kulturalna mimo woli się wstrzymuje. Krajowi zaczyna grozić kulturowe zdziczenie"(17). Oto jakie drańskie, reakcyjne akordy wydobyła ze swych demokratycznych strun ta gazetka ograniczonego mieszczańskiego radykalizmu! Potrafiła jedynie nastraszyć rząd i klasy panujące niebezpieczną popularnością bezprawnych środków, a w strajku rewolucyjnym ujrzała drogę do kulturowego zdziczenia. I skorzystawszy ze wznowienia pracy w drukarniach, żeby opublikować te państwowe aforyzmy wystraszonego i ogłupiałego ze strachu filistra, gazeta pozwoliła sobie zarzucić swoim drukarzom, że w styczniowe dni odeszli od "pokojowej pracy", zerwali "kulturalną pracę" "Naszych Dni" i postawili stolicę w obliczu niebezpieczeństwa "kulturowego zdziczenia". "W tych tragicznych dniach prasa milczała. Być może byłyby one mniej okrutne, mniej krwawe (no oczywiście! - L. T.), gdyby wśród ogólnego zagubienia rozlegał się głos prawdy i uspokojenia. - Niestety! - obłudnie wzdycha gazeta - tego nie zrozumieli nie tylko ci, dla których z prasą zawsze tylko kłopot; tego nie mogły sobie wyobrazić również masy, którym w tych dniach prawdy było potrzeba bardziej niż chleba powszedniego... Nie czynimy wyrzutów ani zarzutów - łapie się gazeta na tym, że przed chwilą zrównała "niezrozumienie" przez rząd i przez masy wielkiej pokojowej roli "Naszych Dni" - ale nie możemy milczeć o tym fakcie, który wniósł jeszcze zbędny ciężki akord w tę tragedię, którą przeżyliśmy".
Pretensjonalna podłość tych słów, pierwszych słów wstępniaka poświęconego największemu wydarzeniu nowożytnej historii rosyjskiej, jest wprost niewiarygodna!
Gdyby gazety wychodziły, gdyby był słyszany głos "prawdy i uspokojenia", to wydarzenia być może byłyby mniej krwawe! Jak wiele liberalnych gazet wyszło po Krwawej Niedzieli! Można by z nich zbudować kolosalną papierową świątynię "prawdy i uspokojenia". Ale jak wiele krwi robotniczej polało się po Krwawej Niedzieli - rzeka, która zatopiłaby tę świątynię, nie pozostawiając po niej ani śladu.
Widzicie, to wandalizm robotników sprawił, że "wśród ogólnego zagubienia" nie rozległ się mężny głos liberalnego dziennikarstwa. Ono, nieszczęsne, "wśród ogólnego zagubienia" było najbardziej zagubione ze wszystkich. Cóż mogłoby powiedzieć w Krwawą Niedzielę takiego, czego nie powiedziało później? Co z tego, co powiedziało później, mogłoby mieć w Krwawą Niedzielę jakieś znaczenie?...
Wierzcie, panowie, gdyby petersburscy robotnicy, którym rzeczywiście prawdy było bardziej potrzeba od chleba powszedniego i nawet od życia - a potrafili oni to nieodparcie udowodnić! - gdyby przywykli znajdować potrzebną im prawdę u was, to w najgorszych warunkach umożliwiliby wam druk i kolportaż. Swoim publicystom zawsze to umożliwiają, ilekolwiek by to kosztowało! Ale powiedzcie, na Boga, czym zasłużyliście sobie na takie zaufanie robotników, których, jak sami oświadczacie, po raz pierwszy zauważyliście na scenie politycznej dopiero w Krwawą Niedzielę? No czym? Tym, że nigdy nie wierzyliście w ich znaczenie? Żeby zecerzy oddzielili się w decydującym momencie ogólnej ofensywy od bojowej armii i zostali z wami, musieliby widzieć w was jeden ze swoich sztabów. Powiedzcie, na Boga, czy zdecydowalibyście się pretendować do takiej roli? Czy mogło robotnikom przyjść do głowy, że jesteście zdolni do odegrania takiej roli? I gdyby na jeden dzień przyszło im to do głowy, to czyż nie pospieszylibyście sami okrutnie ich rozczarować co do tego?
Jeśli określać wpływ wystąpienia proletariatu według styczniowych artykułów prasy liberalnej, to rezultaty okażą ssie straszliwie znikome. Artykuł w "Naszych Dniach" jest typowy pod względem płytkości wniosków i inteligenckiego wysokiego mniemania o sobie. Zamiast zważyć obiektywny sens wydarzenia, które można porównać z 14 lipca(18), zamiast wyciągnąć wnioski dla taktyki politycznej, prasa liberalna wymamrotała wiele żałosnych słów z powodu krwawych wydarzeń, których - widzicie - nie byłoby, gdyby rządzący zawczasu wsłuchali się w jej prognozy i proroctwa.
Ale rzeczywisty wpływ Krwawej Niedzieli na inteligencję, jak i w ogóle na całą opozycję, był bez porównania głębszy.
Wydarzenia dni styczniowych z jednej strony podniosły demokratyczną opozycję, umocniły jej demokratyczną pewność siebie, a z drugiej strony przygniotły ją do ziemi, ukazawszy jej, jak znikomy w istocie jest jej ciężar na szali historycznej wagi, kiedy sprawy z pola druku przenoszą się na pole walki.
W świadomości liberalnego towarzystwa po raz pierwszy problem wolności politycznej wystąpił w rzeczywistych kształtach, jako problem walki, przewagi sił, nacisku ciężkich mas społecznych. Nie zmowę liberalnych zwolenników parlamentaryzmu z reakcyjnymi zwolennikami Najjaśniejszego Pana, lecz zwycięską ofensywę mas, nieustanny atak, nie liczący się z ofiarami, jak żywiołowo-patriotycznej armii japońskiej w szturmie Port Artura - oto jaką ideę wdrukowała Krwawa Niedziela w świadomość lewicowej inteligencji! I jak znikomymi w świetle tego krwawego zarzewia okazały się inteligenckie bankiety i wszystkie te rezolucje, zbudowane według schematu ziemskiego, jak głupie okazało się oczekiwanie na runięcie murów Jerycha na głos kilkudziesięciu ziemskich liberałów i kilkuset ich potakiwaczy. Proletariat, ta "fikcja polityczna" marksistów, okazał się być potężną rzeczywistością...
"Czego nie były w stanie dokonać dziesięciolecia słów, dyskusji - pisze "Prawo" w kwietniu, oglądając się wstecz - rzeczywiste, praktyczne życie zdecydowało jednym uderzeniem historycznych skrzydeł. Czy można teraz, po krwawych dniach styczniowych, podawać w wątpliwość myśl o misji historycznej proletariatu miejskiego w Rosji? Oczywiście, problem ten, przynajmniej w obecnym momencie historycznym, został rozstrzygnięty - rozstrzygnięty nie przez nas, lecz przez tych robotników, którzy w sławnych dniach styczniowych, strasznych dniach krwawych wydarzeń, wpisali swoje imiona do świętej księgi rosyjskiego ruchu społecznego". Oto jakim językiem zaczęła pisać prasa liberalna o "misji historycznej proletariatu miejskiego"!
Inteligencja, której jeszcze tak niedawno wydawało się, że "lud", odcięty od niej policyjnym drutem kolczastym, jest nieskończenie zacofany w swym rozwoju politycznym, musiała w istocie dokonać wielkiego skoku, żeby samej nie pozostać zacofaną względem haseł nieznajomego jej proletariatu, który wyłonił się jak spod ziemi. Od niezgrabnej, wielosłownej i niejasnej formuły ziemskiej, wzywającej do udziału przedstawicieli ludu w pracach ustawodawczych itd., itd., przeskoczyła do ostrego jak uderzenie biczem, wykutego przez historię europejską hasła Zgromadzenia Ustawodawczego.
Przejęła od proletariatu żądanie powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborów. I poderwała się na równe nogi ze wszystkich sił swoich, uruchomiła cały swój aparat - towarzystwa, gazety, zbiorowe petycje - żeby rozpowszechnić to hasło.
Prasa liberalna ze swej strony zmuszona była przyjąć to podstawowe hasło demokratyczne pod naciskiem demokratycznej inteligencji, która bombardowała ją swymi rezolucjami i oświadczeniami. Przy tym prasa starała się sprawić takie wrażenie, jakby to hasło wyssała z mlekiem matki. Oczywiście, to zresztą najmniejszy z jej grzechów...
Wystąpienie proletariatu dało przewagę elementom radykalnym w szeregach inteligencji, podobnie jak wcześniej wystąpienie ziemskie dało przewagę oportunistycznym elementom. Wraz z tym dała się bardziej jawnie zaobserwować linia rozłamu w liberalnym towarzystwie między demokracją a opozycją cenzusową. Widmo jednomyślności politycznej całego "towarzystwa", mówiącego jednym i tym samym językiem, zostało przepędzone. Pytanie: jak? - coraz bardziej rozmywało się w rzeczywistości politycznej - z ziemcami, żeby wykorzystać ruch mas - czy z masami, żeby odsunąć od kierownictwa oczekujących swego czasu ziemców?
Alternatywa ta, która wydawała się doktrynerską w teoretycznym przedwczesnym zachwycie marksistów, nagle okazała się być straszliwie rzeczywistą. W każdej sprawie wypadło od niej zaczynać i do niej powracać.
Wystąpienie proletariackie dało przewagę lewicowym grupom demokracji, ponieważ tworzyło dla nich punkt oparcia. Od tej pory etapy walki proletariackiej stają się taktycznym drogowskazem dla radykalnej demokracji. Powtarza ona hasła tego wystąpienia, popiera jego żądania wszelkimi środkami, jakie może znaleźć w swym skąpym arsenale, protestuje przeciw przemocy wobec niego, domaga się od dum miejskich, żeby zwróciły na nie uwagę... Czasami zaczyna mówić językiem gniewu i groźby. Staje się bardziej stanowcza, doroślejsza, bardziej wymagająca wobec swych przywódców politycznych.
Ledwo zdążyliśmy pochować ofiary Krwawej Niedzieli, a już "Moskiewskie Wiadomości" doniosły, że w pięć dni po niej Moskiewskie Towarzystwo Rolnicze na swym zebraniu postanowiło:
"1) Wyrazić swe głębokie niezadowolenie z powodu nieludzkiej samowoli, której przejawem była szarża na bezbronny tłum robotników.
2) Uznać, że jedynym wyjściem z obecnej sytuacji może być jedynie bezzwłoczne zwołanie Zgromadzenia Ustawodawczego, wybranego w powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborach".
Petersburscy inżynierowie w swojej "petycji stu dziewięćdziesięciu ośmiu", którą cytowaliśmy powyżej(19) co prawda nie powtarzają robotniczych haseł: petycję wręczyła delegacja prezesowi Rady Ministrów panu Wittemu, więc z szacunku do władzy wzmiankę o Zgromadzeniu Narodowym zastąpiono w niej nadzwyczaj nieokreślonym żądaniem "wcielenia w życie podstaw ogólnoobywatelskiej wolności politycznej"; za to petycja w powściągliwej formie, lecz wyraźnie w istocie przedstawia prowokatorsko-policyjną taktykę władz w stosunku do proletariatu i prawidłową ewolucję robotników w kierunku walki politycznej.
150 inżynierów moskiewskich założyło moskiewski oddział Związku Inżynierów, w całości poparło żądania "petycji stu dziewięćdziesięciu ośmiu" i postanowiło poinformować o tym rząd.
"Inżynierowie i technicy, pracujący w Kraju Południowo-Zachodnim, witają z zadowoleniem głos swych petersburskich towarzyszy, który rozległ się po barbarzyńskim pogromie" i przyłączając się do "petycji stu dziewięćdziesięciu ośmiu", oświadczają ze swej strony o swym przekonaniu, że normalny tok życia jest do pomyślenia jedynie "po ustanowieniu u nas demokracji przedstawicielskiej pochodzącej z powszechnych, bezpośrednich, równych i tajnych wyborów".
Protest Moskiewskiego Towarzystwa Rolniczego i wnioski polityczne, do których ono doszło, zostały podchwycone przez wiele organizacji. 13 lutego zebranie charkowskiej adwokatury takimi oto mocnymi słowami scharakteryzowało sytuację w Rosji: Liczne aresztowania przeciwników politycznych, masowe zabójstwa obywateli w Petersburgu, Warszawie, Rydze, Baku i wielu innych miastach, wzmocnienie i rozszerzenie uprawnień Ochrany zamiast obiecanego jej zniesienia, zamknięcie najuczciwszych organów prasowych zamiast obiecanego umożliwienia prasie "prawdziwego wyrażania rozumnych dążeń", systematyczne demoralizowanie ludu oszczerczymi plotkami o japońskich, angielskich i in. przekupstwach i intrygach... Wraz z moskiewską adwokaturą zebranie charkowskie wyraziło swą gorącą sympatię dla robotników i współczucie dla ofiar krwawych walk, oświadczyło o uczuciu głębokiego strachu, jaki ogarnął ich wszystkich na wieść o spacyfikowaniu demonstracji w Krwawą Niedzielę, wyraziło swą pogardę dla urzędowych i ochotniczych oszczerców, którzy zmyślili, że lud rosyjski jest w stanie zaprzedać się obcokrajowcom, i wreszcie doszło do wniosku, że niezbędne jest bezzwłoczne zwołanie Zgromadzenia Ustawodawczego wybranego w powszechnym itd. głosowaniu, "ponieważ tylko taki krok przyniesie pokój umęczonemu, cierpiącemu krajowi". Równocześnie zebranie uznało za niezbędne, aby jeszcze przed wyborami, w charakterze gwarancji ich uczciwości, ustanowić wszelkie swobody publiczne.
Przejście do bardziej radykalnych i doskonalszych formuł politycznych rozumie się, że dokonało się nie bez tarć wewnętrznych. "Dojrzałe" elementy liberalnego towarzystwa opierały się temu i dążyły do utrzymania dawnego stanowiska. Tak np. Moskiewskie Towarzystwo Poprawy Bytu Nauczycieli uchwaliło "Rezolucję nauczycieli szkół ludowych" o niezbędności - z powodu wydarzeń w Petersburgu, Kursku i in. miastach - zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego, wybranego w... itd. Za tą rezolucją głosowało 88 nauczycieli, a 60 za bardziej umiarkowanym wariantem, który proponował znany działacz ziemski, książę P. D. Dołgorukow(20).
Powoływanie się na tezy ziemskie spotykamy coraz rzadziej i rzadziej, i przy tym jedynie u najbardziej obcych polityce czy najbardziej "solidnych", a przez to reakcyjnych elementów liberalnego towarzystwa. Tak np. moskiewscy kompozytorzy i muzycy w imię wolności sztuki oświadczyli 2 lutego: "Rosja powinna wreszcie wejść na drogę głębokich reform, wspomnianych w znanych jedenastu punktach postanowień zjazdu ziemskiego, do których i my się dołączamy". Petycja rosyjskich dramatopisarzy, w imię tejże wolności sztuki, cicho wspomina o odnowie Rosji jako państwa praworządnego. Rada Uniwersytetu Charkowskiego w petycji z 4 lutego, formułującej żądania konstytucyjne w duchu rezolucji ziemskich, nie mówi ani o konstytuancie, ani o powszechnym głosowaniu. Z prowincji w styczniu i lutym przychodziły od czasu do czasu rezolucje nie idące dalej niż do "udziału ludności w pracach ustawodawczych za pośrednictwem przedstawicieli ludu wybranych w wolnych wyborach" (zebranie członków ludowej biblioteki-czytelni w Jelcu w dwa tygodnie po Krwawej Niedzieli, zjazd agronomów w Sumach 5 lutego, wreszcie Towarzystwo Prawnicze z Tomska w reakcji na carski dekret z 18 lutego). Ale przytłaczająca większość rezolucji kończy się stereotypową formułą: "Zgromadzenie Ustawodawcze, wybrane w powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborach".
Jeśli w okresie dwóch miesięcy przed Krwawą Niedzielą rezolucje miały za główne swoje zadanie wskazać rządowi, że "cale społeczeństwo" popiera ziemców, to po niej mają za zadanie wyrażać związki inteligencji z masami - przekształcają się w środek głównie agitacyjny. Moskiewskie Towarzystwo Rolnicze po prostu postanowiło rozesłać swą rezolucję, o której wspominaliśmy powyżej, do wszystkich zarządów ziemskich, dum miejskich, towarzystw rolniczych i zarządów gminnych. W innych wypadkach ten sam cel osiągano w drodze opublikowania rezolucji w prasie.
W miarę jak zmieniali się adresaci rezolucji, zmieniał się i ich ton. Już nikt nie zgadza się z wiarą w to (albo przynajmniej nie odważa się mówić o tym), że rezolucja daje więcej "dobrych rezultatów", jeśli wykreślić z niej słowa, które kogoś "mogą rozdrażnić". Na odwrót, rezolucje coraz częściej i ostrzej zaczynają pytać: "Może-ż z Nazaretu być co dobrego?"
Tak samo zebranie nauczycieli szkół sobotnich, niedzielnych i wieczorowych z Odessy z głębokim niezadowoleniem odnotowało samowolę i przemoc rządu wobec oświaty ludowej - i przyłączając się do głosu "całego ludu rosyjskiego" zażądało niezwłocznego zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego przedstawicieli ludowych wybranych w powszechnym, równym, bezpośrednim i tajnym głosowaniu.
W tej nowej fazie historii demokratycznej inteligencji znów powtórzyło się to samo, co i po naradzie listopadowej, tylko w szerszej skali.
Liberalne towarzystwo, które podchwyciło hasła rzucone przez petersburski proletariat tak samo jak przedtem podchwyciło rezolucję narady ziemskiej, oczekiwało że lada minuta absolutyzm upadnie pod potężnym naporem. Ale w rzeczywistości absolutyzm nie upadł - upadł tylko Swiatopołk-Mirskij.
Strajk powszechny, który doprowadził do Krwawej Niedzieli, przetoczył się przez całą Rosję. I społeczeństwo, i władze zaczęły do niego przywykać jak do zjawiska prawie normalnego. Ta druga fala, nieporównanie silniejsza niż pierwsza, też nie zmiotła podstaw absolutyzmu. Wróg się utrzymał, umocnił i przejawił taką diabelską energię w represjach, jakiej nikt już się po nim nie spodziewał. Liberalne towarzystwo znowu zaczęło tracić grunt pod nogami. Odcięte przez warunki swojego światka od tego rezerwuaru społecznego, w którym kształtują się uczucia i nastroje mas, tylko przez kilka godzin się z nimi zetknęło, a potem , kiedy masy zapadły się pod ziemię tak samo tajemniczo, jak się spod niej wyłoniły, znów miało przed sobą tylko rozbite koryto liberalnych nadziei. Niezdolne do włączenia się ani w praktyce, ani choćby tylko w myśli do tego "procesu molekularnego", który przygotowuje katastrofy masowych wystąpień, zaczęło znowu przechodzić od optymistycznych nadziei do sceptycyzmu zagubienia.
Prasa liberalna, która zupełnie nie odzwierciedla wzrostu nastrojów demokratycznych choćby tylko samej inteligencji, najlepiej jednak odzwierciedla cały ich upadek. Co dalej? - pyta zagubiona i nie znajduje w swym pustym wnętrzu żadnej odpowiedzi oprócz wiary w "stare kłamliwe słowa" i nadziei na księcia dobrodzieja.
"Barometr społeczny" - pisały "Nasze Dni" w dwa i pół tygodnia po Krwawej Niedzieli(21) - "ciągle pokazuje wysokie ciśnienie. Rozum i serce kraju (inteligencja? - L. T.) są spragnione dobrej pogody dla zasadniczych reform, aby zapobiec spadkowi barometru". Była to na wpół groźba, a a na wpół modlitwa.
Na początku lutego ta tęsknota reumatyków o "krytycznie myślących osobowościach" za dobrą pogodą dla rządowych reform robi się już całkiem nie do zniesienia. "Trzeba wstąpić stanowczo, bezwarunkowo, na drogę organicznych reform - apelują "Nasze Dni" w Nr. 37. - Jeśli się decydujemy zwołać Sobór Ziemski, bezwarunkowo niezbędne jest, jeśli ma on osiągnąć swój cel i pokojowo wyjść z kryzysu, bezzwłoczne zniszczenie tych murów, które dzielą społeczeństwo i rząd na dwa wrogie sobie stany"(22).
Kichać tam na przeszłość, okazuje się, że demokracja i rząd mają jeden i ten sam cel i jeden i ten sam środek prowadzący do niego: polubowne zakończenie kryzysu w drodze zwołania Soboru Ziemskiego. I krytycznie myśląca osobowość domaga się, żeby władza niezwłocznie przystąpiła do burzenia ze swojej strony muru, który dzieli aresztantów i klawiszów "na dwa wrogie sobie stany".
A przecież niedawno "Prawo" wołało: "Ten przeklęty obraz długo jeszcze będzie stać nam przed oczami i straszyć nas, jak żywa rzeczywistość... Jeśli są ludzie, którzy i teraz niczego się nie nauczyli, to niech świadkowie tego, co się dzieje, niech niczego nie zapomną!..."
Dekret z 18 lutego(23), skutek wystąpień listopadowych i styczniowych, który zastał liberalne towarzystwo w stanie zagubienia, zmusił je do zwrócenia się znów ku biurokracji. Zaczęło mu się wydawać, że to co najważniejsze, już się dokonało, już pokonało szczyt, co prawda wróg się nie rozpadł w proch i w pył, ale jednomyślny napór ziemstw i inteligencji oraz ludu, który poparł żądania "towarzystwa", wymusił na biurokracji oświadczenie, którym związała sobie ręce, rząd zobowiązał się zwołać wybranych w wolnych wyborach przedstawicieli ludu; wprawdzie wolne wybory zakładają istnienie niezbędnych gwarancji, których nikt nie dał, ale ponieważ są logicznie i faktycznie niezbędne, to nie może ich nie dać. Obiecano zwołanie przedstawicieli ludu. Ale żeby cały lud mógł się wypowiedzieć, niezbędne są powszechne, równe, bezpośrednie i tajne wybory. Inaczej przedstawiciele nie byliby przedstawicielami ludu. Wszystko to wydawało się być nieodparcie przekonywającym w swej, jak się wyraziła pewna gazeta, "boskiej prostocie".
Czekamy na uroczyste ogłoszenie gwarancji, czekamy na wyznaczenie terminu! - mówi prawe skrzydło liberalnego towarzystwa, które znów poczuło się lepiej, gdy poczuło pod nogami "niewzruszony" grunt dekretu z 18 lutego.
Słyszymy znów w liberalnej prasie wesołe nutki, tylko ciut-ciut nadszarpnięte. "Stare kłamliwe słowa", które jak widzieliśmy wcale nie znikły, teraz znowu stały się radosną twórczością. Ufajmy, ufajmy - oto hasło. I kiedy lewicowe skrzydło inteligencji, i przede wszystkim studenci, ze złością i nieufnością marszczy brwi, prawa strona z bijącym sercem czeka i ma nadzieję.
"18 lutego 1905 roku - pisało "Prawo" w numerze 7 po opublikowaniu dekretu - na zawsze pozostanie pamiętnym dniem w naszym życiu państwowym... Dzień ten stanie się punktem zwrotnym w naszej historii... Reżim biurokratyczny został obalony wolą Monarchy, i powrotu do niego być nie może(24). I to nie była jedyna taka ocena. Profesor Grews(25) w numerze 9 "Prawa" słusznie zauważył, że dekret "został przez prasę powitany z radością, jako początek nowej ery w historii stosunków między rządem a społeczeństwem w Rosji"(26).
"Punkt zwrotny", "nowa era", "niemożliwość" powrotu do przeszłości - wszystko to słyszeliśmy już wcześniej, po dekrecie z 12 grudnia, i słyszeliśmy także później, po 6 sierpnia(27). Jak wielkie już mnóstwo "nowych er" odeszło w przeszłość, w grób! Czyż nie od nadmiaru "punktów zwrotnych" nasza oficjalna historia kołem się toczy i za każdym razem wraca znów do punktu wyjścia?
Jednak zbyt wcześnie okazało się, że pomimo "nowej ery" pojednania życie biegnie starą drogą walki. Już po trzech tygodniach "Prawo" musiało w numerze 8 ze skruchą przyznać, że od czasu ogłoszenia zwołania przedstawicieli ludowych "przeżyliśmy klęskę pod Mukdenem, niepowodzenie komisji senatora Szydłowskiego(28), wybuchy w Petersburgu i Moskwie, codzienne zabójstwa policjantów, bezkarnie dokonywane na oczach wszystkich". Nowa era ciągle stoi w miejscu. Tymczasem i mobilizacje ciemnych sił, opierających się na dekrecie z 18 lutego, idą swoją drogą... "I wszystko to dokonuje się w takiej chwili, kiedy reżim biurokratyczny został przez Monarchę ostatecznie obalony i zastąpiony przedstawicielstwem ludowym!" - pisze "Prawo"(29). I znów żal dusze liberalne ściska twardą ręką.
"Jeśli rząd wzywa społeczeństwo do wspólnej pracy - pisze "Prawo" - to oczywiste jest, że trzeba przede wszystkim złamać tę przegrodę nieufności, którą budowano z takim uporem przez długie lata. Bez wzajemnego zaufania wspólna praca jest niemożliwa"... Możemy tu z wdzięcznością przypomnieć, że "Nasze Dni" znały tę receptę jeszcze przed 18 lutego.
A po upływie dalszych dwóch tygodni, podczas których nic się nie wydarzyło, "Prawo" w rozpaczy stara się zasugerować marszałkowi dworu Bułyginowi(30), że dla niego samego nie ma lepszego wyjścia niż zostać pośrednikiem między absolutyzmem a historią, bo wszyscy przecież wiedzą, że tak czy inaczej nic nie może powstrzymać jej w biegu. "Zadanie mężów stanu - raportowała gazeta w numerze 12 - których wpływ szczególnie wzrasta w takich chwilach ostrego zwrotu w życiu politycznym kraju, może polegać tylko na tym, żeby sprzyjać jej biegowi, uczynić go spokojnym i równym, a do tego jest potrzebna energia, stanowczość i bezgraniczna wiara w świetlaną przyszłość"(31).
Byłoby jednak oszczerstwem wobec demokracji, gdybyśmy powiedzieli, że cała ona wraz z "Naszymi Dniami" i "Prawem" modliła się o dobrą pogodę dla rządowych reform, przebiegających "spokojnie i równo" drogą zaproponowaną przez ministra spraw wewnętrznych, ogarniętego "bezgraniczną wiarą w świetlaną przyszłość".
Proces rozwarstwienia demokracji, który rozpoczął się pod ciosami wydarzeń styczniowych, szedł swoją drogą. Dekret z 18 lutego, który jakby zaznaczył dozwolone przez prawo przejście do państwa prawa, dał w wielu grupach czasową przewagę elementom liberalnej trójcy: wierze, nadziei i miłości, ale proces konsolidacji elementów radykalnych przez to być może jedynie został spowolniony, lecz w żaden sposób nie zatrzymany. To zasłaniając się dekretem z 18 lutego, to ignorując go, demokratyczna lewica wypracowuje swoje "platformy" i jakby ciesząc się pierwszymi krokami swej demokratycznej samoświadomości, stara się najlepiej jak może wyostrzyć swoje hasła i wytrawić je jadem nieufności do wszystkiego, co pochodzi od zdradzieckich Danajów. Nie ufajmy żadnym "starym kłamliwym słowom", nie ufajmy "przeżytym siłom", które mają na celu przekształcić martwe słowa w martwą rzeczywistość! Juz skończył się czas kołatania do nich - niechaj umarli grzebią umarłych swoich! Precz ze wszystkimi petycjami, prośbami i i sprawozdaniami - od dziś zwracamy się do ludu, a nie do jego wrogów!
Lewica demokratyczna wchodzi na drogę apeli o nieprzejednanie i nieufność, na drogę agitacji, zbierania i konsolidacji sił, wreszcie nia drogę poszukiwań bojowej taktyki politycznej. Proces rozwarstwienia jeszcze nie przybiera formy otwartego rozłamu, ale jednak postępuje naprzód. Te same wydarzenia, które przejmują chłodem duszę liberalnych pojednawców, jakby ostrogami wbijają się w boki myśli demokratycznej i popędzają ja naprzód. I w tym czasie, kiedy prawica starała się o zaproszenie na naradę u Bułygina, na lewicy w ślad za hasłem Zgromadzenia Ustawodawczego powstaje pomysł powszechnego aktywnego wystąpienia mas, pomysł milicji ludowej, samorzutnych ogólnonarodowych wyborów itd., itd.
Jeśli zechcemy prześledzić te dwa nurty demokracji według ich zewnętrznych przejawów, to prawie nie spotkamy ich w czystej postaci; one jeszcze splatają się i komplikują się nawzajem w głosach poszczególnych osób, w świadomości całych korporacji, wreszcie w nastroju całej demokracji. Dwie dusze siedzą - niestety! -w jej piersi.
Hasło powszechnego prawa wyborczego wydaje się, że ciągle politycznie wzmacnia demokrację i w ten sposób, wbrew temu co powiedzieliśmy powyżej, jakby jednoczy ją. Ale w rzeczywistości tak nie jest. Wyzwoleńcy, ci inspiratorzy demokratycznej prawicy, akceptują powszechne prawo wyborcze z politycznego oportunizmu, jako środek spacyfikowania mas. Na przykład p. Rodiczew(32) pewnego razu tak się właśnie wypowiedział: kompromisów w tej sprawie nie powinno być, "ponieważ nie doprowadziłyby one do uspokojenia, lecz popsułyby sprawę; bywają takie chwile - wyjaśniał w numerze 11 "Prawa" - kiedy wierność zasadom jest największym oportunizmem".(33). Właśnie radykałowie akceptują to samo hasło jako środek do związania się z ruchem mas. Jedni milcząco lub głośno targują się z nieprzejednanymi masami, inni widzą w ich nieprzejednaniu jedyną ostoję demokracji. To dwa różne stanowiska, i z nich wynikają dwie taktyki, które nieuchronnie zetrą się w swym dalszym rozwoju.
"Trzeba się dogadać z ludnością twarzą w twarz, jakie jej żądania są fantastyczne, a jakie - w pełni zasadne. Na tym polega główny sens nadchodzących wyborów - na wzajemnej umowie osób z różnych klas". Tak szczerze wypowiadał się p. Rodiczew na początku marca w cytowanym wyżej przemówieniu na zebraniu Petersburskiego Towarzystwa Prawniczego. I od razu wyjaśnił, jak właściwie myśli osiągnąć porozumienie z "ludnością" i do czego mu to potrzebne.
"Tylko system powszechnego praw wyborczego - pisze on w numerze 10 "Prawa" - będzie mógł wlać spokój w umysły i wykopać stołek spod nóg z jednej strony despotyzmowi, a z drugiej strony - rewolucji"(34).
Stanowisko wyzwoleńców, którzy w osobie p. Rodiczewa doskonale zlewają się w jedno z lewicowymi ziemcami, zarysowane zostało w tych kilku słowach z jasnością graniczącą z cynizmem.
Żeby ukazać, jak na oślep szuka drogi lewe skrzydło demokracji, zacytujmy przemówienie p. Miakotina(35), wygłoszone 21 marca w tym samym towarzystwie prawniczym. Stanowczo protestuje on przeciw liberalnym pojednawcom, wychodzącym z założenia, że w Rosji jest siła natchniona celem niezwłocznego przeobrażenia rosyjskiego życia. Jedyną taką widoczną siłą - mówi on ("Prawo", nr 13)- jest dekret z 18 lutego. Od tego czasu minął już miesiąc: przeżyliśmy pogrom w Teodozji, rozruchy w Baku, Kursku, Pskowie i wiele innych. 18 marca dowiedzieliśmy się, że prace nad realizacją dekretu odwleką się o kilka miesięcy. Z tego wszystkiego można wyciągnąć tylko jeden wniosek: w dekrecie nie ma rzeczywistej treści, nie oznacza on zwrotu ku rzeczywistemu życiu, lecz jedynie próbę odmownej odpowiedzi na pytania, które stały się naglące. Nie tutaj rodzą się siły, które popychają rosyjskie życie ku przemianom i mają oddać sprawy ludu w sprawy samego ludu. Jeśli społeczeństwo rosyjskie otrzymało w ostatnim czasie możliwość mówienia - i to nie głośno, tylko półgłosem - to jedynie dlatego, że zmienił się charakter życia ludowego, i z ludu wyszły siły, które wystąpiły do otwartej walki o nowe podstawy życia, o prawa człowieka i obywatela. Dzięki tej walce przed rosyjską inteligencją rozciągnął się na całą długość most ku urzeczywistnieniu częściowych przemian, ku oddaniu władzy w ręce grup, które postarają się zagwarantować swoje interesy czy skierować swoje siły na poparcie tych bojowych haseł, wokół których mogą się zjednoczyć żywotne siły kraju. Rozwiązanie problemu może być tylko jedno: nie może ona iść na ustępstwa i powinna domagać się zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego wybranego w powszechnych, bezpośrednich, równych i tajnych wyborach(36).
Wcale nie chcemy powiedzieć, żeby myśli te były nadzwyczajnie śmiałe czy oryginalne. W literaturze socjaldemokratycznej wypowiadane były z nieporównanie większą energią i uzasadnieniem - i przy tym jeszcze w tych niezapomnianych czasach, kiedy klasowy charakter rosyjskiej opozycji był dla radykałów z "Rosyjskiego Bogactwa" listem zaszyfrowanym i zapieczętowanym siedmioma pieczęciami, a wszelkie próby marksistów, żeby pomóc im w odszyfrowaniu tego politycznego szyfru, były uważane za bredzenie w gorączce. Jakże niedawno to było, a zarazem - jak dawno właśnie!
Wcale nie chcieliśmy także powiedzieć, że zauważalne w środowisku inteligencji dwa nurty są nie do pogodzenia. Widzimy, że jeszcze teraz się nie rozeszły. Zobaczymy, jak wpłyną w przyszłości znów do wspólnego "konstytucyjnego" koryta, na początku jeszcze różniąc się od siebie zabarwieniem niesionych wód, a potem coraz bardziej rozpuszczając się w sobie wzajemnie...
Jeszcze się teraz nie rozeszły, powtarzamy, a w demokratycznej Rosji znów się zejdą. Ale w najbliższym okresie, który będzie okresem walki o tę nową Rosję, czeka je zerwanie, tymczasowe, ale tym ostrzejsze. "Bojowe hasła", które zaleca p. Miakotin, będą się stawać coraz ostrzejsze i śmielsze czy też coraz bardziej "fantastyczne" i "pozbawione podstaw", mówiąc językiem p. Rodiczewa. Wtedy oni, ci demokraci mimo woli, zrobią być może jeszcze krok w lewo - ciągle w tym samym celu "dogadania się z ludnością twarzą w twarz" - ale nastąpi w końcu kres ich elastyczności politycznej i już nie jest on tak daleki!... A w tym czasie lewa gałąź tego samego pnia, mniej związana z ogólnymi klasowymi korzeniami wyzysku ekonomicznego, bardziej oddana szerokim celom postępu burżuazyjno-demokratycznego, bardziej zdolna do oddania mu w ofierze grubych i cienkich interesów klas posiadających, będzie się malować "fantastycznymi" farbami palety politycznej.
I dzisiejsi bracia, dzieci jednej rodziny społecznej, okażą się jutro najgorszymi wrogami, żeby następnie znów wyciągnąć ku sobie braterskie ręce, kiedy wzburzona rzeka życia zmęczy się własną wściekłością i wróci w koryto "porządku prawnego" albo jeszcze wcześniej, kiedy proletariat swymi groźnymi atakami przestraszy całe wykształcone społeczeństwo perspektywą "kulturowego zdziczenia" i zbije demokratów wszystkich odcieni w jedną "świętą falangę cywilizacji i pokoju".
Ca ira, ca ira,
Qui vivra - verra!
(Uda nam się, uda nam się,
Kto przeżyje, ten się przekona!).
Byłoby zbyt męczącą i w istocie sprawy zbędną pracą szczegółowo wykładać tu wszystkie przejawy myśli demokratycznej tego okresu - i wątpliwe, czy udało się nam zebrać jakąś wyczerpującą kolekcję rezolucji, petycji, postanowień i listów. Wystarczy, jeśli wyliczymy najważniejsze z tych dokumentów i określimy ich charakterystyczne cechy.
Pierwszym faktem, który chcemy jeszcze raz podkreślić, jest ten, że powszechne, równe, bezpośrednie i tajne prawo wyborcze króluje od tej pory we wszystkich oświadczeniach bez różnicy. petersburscy robotnicy tak stanowczo zawstydzili postępową inteligencję radykalizmem swoich żądań, że od razu odebrali jej możliwość jawnego powątpiewania w "aktualność", "stosowność" i "celowość" powszechnych wyborów. Tak jak Japończycy zapewnili swej flocie bezsporne panowanie na morzu nagłym atakiem 28 stycznia, tak samo po roku proletariat nagłym atakiem w Krwawą Niedzielę od razu zapewnił niepodzielne panowanie swego podstawowego hasła nad wolą polityczną kół liberalnych.
Oświadczeń, które wypowiadałyby się przeciw powszechnemu głosowaniu, już nie spotykamy. Takich, które unikałyby tego problemu, jak przedtem ukrywając się za listopadowymi tezami ziemskimi, jest nikła mniejszość(37). Od tej pory prawnicy, pedagodzy, lekarze, inżynierowie cywilni i wojskowi, agronomowie, statystycy, dziennikarze, weterynarze, działacze gmin żydowskich, członkowie Biblioteki Nikołajewskiej, obywatele Tiraspola i Kamyszyna, i wreszcie wiele innych osób różnego stanu i z różnymi tytułami - twardo oświadczają, że jedynym wyjściem z całego zła w naszej ojczyźnie, zawodowego bałaganu i nieporządku, niedostatków kulturowych, słowem z tego, co nazywamy "obecną sytuacją", jest Zgromadzenie Ustawodawcze, wybrane w wolnych, powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborach. Wreszcie nawet profesorowie wypowiadają się za powszechnymi i równymi wyborami, przemilczając jedynie to, czy mają one być bezpośrednie - patrz: postanowienia zjazdu profesorów z 25-28 marca 1905 r.(38).
Od tej pory liberalny generał-major Kuźmin-Karawajew(39), zanim wypowie się za cenzusową ordynacją wyborczą, będzie musiał stracić z pół godziny na bicie pokłonów przed wielką zasadą głosowania powszechnego. Od tej pory szlachetni Ajasowie(40) z Tweru, Pietrunkiewicz i Rodiczew, będą zmuszeni atawistyczną podejrzliwość właścicieli w stosunku do mas maskować argumentami o rzekomych technicznych przewagach głosowania pośredniego. "Rosyjskie Wiadomości", w których przez dziesięciolecia wylewano tęsknotę za cenzusem ziemskim z 1864 roku - od tej pory i one wydobywają ze swej piersi westchnienia nadziei na ustanowienie "sprawiedliwej" zasady powszechnego głosowania. I mamy wszelkie podstawy, by myśleć, że gdyby ktoś zadał sobie trud i otworzył "Gońca Europy"(41), to śmiałek ten przekonałby się, że i w tej brązowej trumience leżą sympatie do powszechnych wyborów.
Taki jest los wielu idei politycznych, które przez długi czas wydają się utopijnymi. Przyszła godzina, w której małe fakty ułożyły się w wielki fakt rewolucji, i fantastyczne idee wystawiają na pośmiewisko mądrość mędrców. Jeszcze zobaczymy, panowie!... Ale wróćmy do rezolucji lutowych i marcowych.
Jekatierinosławskie Towarzystwo Prawnicze w swym telegramie do Rady Ministrów z 1 marca stwierdza, że kraj znajduje się "w procesie głębokiego przebudzenia wszystkich swych sił społecznych"; potrzebne są niezwłoczne reformy; izba ustawodawcza powinna zostać wybrana w powszechnym, tajnym i bezpośrednim głosowaniu; przed wyborami trzeba ustanowić nietykalność osobistą, a także wolność słowa i wolność zgromadzeń, żeby dojrzałe siły społeczne mogły pozytywnie wpływać na lud, przygotowując ludność do spokojnego przyjęcia nadchodzących wielkich przemian. Depesza żąda, aby na specjalną naradę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zaprosić przedstawicieli ludności.
Sumskie Towarzystwo Rolne w swym postanowieniu z 6 marca wychodzi od niezbędności "uspokojenia kraju i zatrzymania już rozpoczętego ruchu chłopów", a jako środek wskazuje zwołanie przedstawicieli ludowych, wybranych w wolnych, powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborach; oprócz tego towarzystwo wnosi petycję, żeby na specjalną naradę zaprosić przedstawicieli zebrań ziemskich, dum miejskich i instytucji naukowych. Tego samego żąda także Nieżyńskie Towarzystwo Rolne.
28 lutego petersburskie zebranie pomocników adwokatów, omówiwszy dekret z 18 lutego, uznało za niezbędne: 1) żeby zadanie specjalnej narady było ograniczone do opracowania ustawy o równych, bezpośrednich i tajnych wyborach do Zgromadzenia Ustawodawczego, 2) żeby do uczestnictwa w pracach narady zostali dopuszczeni przedstawiciele całej ludności Rosji, bez różnicy narodowości i wyznania. Zebranie niestety nie wskazało, na jakiej podstawie mieliby być zaproszeni do komisji Bułygina przedstawiciele całej ludności: czy oni też mieliby pochodzić z głosowania powszechnego? Ale w takim razie dlaczegóżby nie mieli ogłosić się Zgromadzeniem Ustawodawczym, zamiast przesiadywać w ministerialnej kancelarii!
Trudność tę w pełni docenili petersburscy adwokaci. Oto dlaczego na posiedzeniu 9 marca, przyjąwszy na ogół podobną rezolucję, co i ich pomocnicy, ograniczyli się w drugim punkcie do żądania, żeby do "prac" specjalnej narady dopuścić, wraz z przedstawicielami innych grup społecznych i instytucji, także przedstawiciela wybranego przez adwokaturę.
Do postanowienia adwokatury petersburskiej dołączają się moskiewska (13 marca), odeska, saratowska, kijowska (17 marca). Ale moskiewska nie ogranicza się do tego. Robi aluzje do demokratycznych podstaw konstytucji i stawia sprawy milicji i wojny. W ogóle co do zakresu poruszanych problemów rezolucja moskiewska pozostawiła inne daleko w tyle. Podczas gdy adwokatura odeska jeszcze plącze się w sieci archaicznej frazeologii petycji ziemskich i skrycie mądrzy się na temat, że "stojąca między carem a ludem biurokracja nie tylko nie wykonuje poleceń otrzymywanych od Najjaśniejszego Pana, ale nawet wykonuje je inaczej niż trzeba", to zebranie moskiewskie z 13 marca mówi: "do przedstawicieli ludowych należy władza ustawodawcza"; co się tyczy władzy wykonawczej, to ją "powierza się rządowi, odpowiedzialnemu przed przedstawicielami ludowymi". Natychmiast "oficjalne wyjaśnienie" oskarżyło moskiewskich adwokatów o to, że takie usytuowanie Rady Ministrów to jest program demokratycznej republiki. Niektóre gazety twierdziły nawet, jakoby moskiewscy adwokaci zażądali republiki "socjaldemokratycznej", ale nie wiemy, skąd to wzięły, bo z rezolucji nic takiego nie wynika.
W sprawie milicji moskiewska rezolucja postanawia: a) poprosić dumy miejskie i ziemstwa o utworzenie uzbrojonej milicji, która wszelkimi środkami broniłaby obywateli, b) uznać, że policja powinna zostać podporządkowana miastom i ziemstwom.
Myśl, że droga do Zgromadzenia Ustawodawczego prowadzi przez kancelarię Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie jest podzielana przez wszystkich. Podczas gdy jedni żądają dopuszczenia do specjalnej narady przedstawicieli ludności, zresztą nie wskazując, jak to zrobić, a inni wnoszą petycję o ten przywilej jedynie dla "dojrzałych sił społecznych", bardziej radykalne elementy dochodzą do przekonania, że opozycja nie ma nic do roboty za rządowymi kulisami, i uzasadniając tę myśl cytują pierwszy psalm króla Dawida: "Błogosławiony mąż, który nie chodzi w radzie niepobożnych".
Przygotowawczy zjazd dziennikarzy z 3-4 marca, wychodząc od tego, że komisja bułyginowska w żadnym wypadku i przy żadnych kombinacjach nie może zastąpić(!) Zgromadzenia Ustawodawczego (do tego można by dodać: zupełnie tak samo, jak posterunek policji przy żadnych kombinacjach nie może zastąpić Komitetu Ocalenia Publicznego), doszedł do wniosku, że "zorganizowane siły społeczne powinny przedstawić jej jedno żądanie" - zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego, wybranego w... itd. W związku z tym zjazd uznał za niepożądane dążenie instytucji społecznych do uczestnictwa w pracach komisji Bułygina i zalecił im w wypadku, gdyby zostały zaproszone, ograniczyć się tam do powtórzenia zasadniczych żądań. W tym celu, żeby zapewnić taki a nie inny udział przedstawicieli społecznych (to jest w istocie ziemstw i dum) w komisji, zjazd zalecił zebrać możliwie największą liczbę podpisów obywateli pod oświadczeniami, które mają zostać przesłane do instytucji ziemskich i dum.
W ten sposób zjazd dziennikarzy doszedł do konkluzji, że zadanie opozycji polega na naciskaniu na rząd z zewnątrz, i dalej, uznał za niezbędną mobilizację obywateli, co prawda w skrajnie mało aktywnej formie, dla naciskania z zewnątrz na ziemstwa i dumy jako na oficjalne "przedstawicielstwo" ludności. Taktyka ta, choć bardzo prymitywna, jednak stoi wyżej od petycji do Rady Ministrów w sprawie utworzenia komisji ekspertów ziemskich przez kancelarii konstytucyjnej.
Punkt widzenia marcowego zjazdu dziennikarzy "Prawo" komentowało w tym sensie, że pomieszanie elementów biurokratycznych ze społecznymi nie może nie przenieść na społeczeństwo chociażby części odpowiedzialności za rezultaty, jakie osiągną prace narady. W tym celu, żeby wywierać nacisk na władzę, opozycja nie potrzebuje wchodzić w skład komisji i unicestwiać śródmurza. Społeczeństwo może robić swoją robotę i odrębnie, i im bardziej się jednoczy "w swoich pozytywnych ideałach", tym większe będą przejawy jego prac i tym bardziej rzeczywisty powinien być rezultat. Rozumie się, w oryginale ("Prawo", Nr 10) wyobrażenia te zostały zmiękczone odpowiednią dawką dyplomatycznych dwuznaczności i diabelnie chytrych mrugnięć okiem do władzy. Ale już nie przychodzi ściągać od tego haraczu.
Jeszcze dalej w kierunku "nieprzejednania" idzie rezolucja Towarzystwa Wspomagania Absolwentek. Oświadcza ona kategorycznie, że wypracowanie nowych form politycznych nie może zostać dokonane środkami systemu rządów dożywającego swoich dni. Dekret Najjaśniejszego Pana z 18 lutego - wyjaśnia rezolucja - utrzymując w całej pełni "niewzruszony charakter podstawowych praw cesarstwa", nie wnosi w stan rzeczy żadnych istotnych zmian. Jednak chyba największa liczba oświadczeń po prostu ignoruje "konstytucyjną" pracę biurokracji, ograniczając się w najlepszym wypadku, jak np. petycja 256 petersburskich pracowników oświaty ludowej z 12 marca, do powołania się na to, że istniejące organy władzy nie są w stanie dokonać wymaganych przez życie przemian, i dlatego pierwszą potrzebą chwili obecnej jest zwołanie Zgromadzenia Ustawodawczego.
Na nieszczęście ten punkt widzenia ma swą achillesową piętę: wcale nie zajmuje się problemem, kto i jak ma w końcu zwołać to Zgromadzenie Ustawodawcze?
Wcale nie chcemy przez to powiedzieć, że punkt widzenia zjazdu dziennikarzy reprezentuje sobą jakąś wyższą jakość. Nie! Lecz daje on wyczerpującą odpowiedź - w tych granicach, w jakich stawia sobie pytanie. Niedostatek cytowanych przez nas bardziej radykalnych postanowień nie polega na tym, że są one zbyt radykalne, lecz na tym, że są niedostatecznie radykalne. Zatrzymują się w pół drogi. Zaraz się okaże, co chcemy przez to powiedzieć.
Myśl polityczna szerokich kręgów społecznych nie rozwija się czysto logicznie, sama z siebie, usystematyzowana jak podręczniki prawa państwowego. Idzie ona naprzód, wstecz i na boki, zgodnie z tym materialnym procesem rozwoju społecznego, który obsługuje. Oczywiście, myśl polityczna, jak i każda inna, ma swoją logikę. Ale siłą poruszającą politykę wcale nie jest sylogizm formalny. Na odwrót. Myślenie polityczne każdej grupy społecznej, jak i wszelka w ogóle forma ideologii społecznej, jest nadzwyczaj reakcyjne. Dobrowolnie nigdy nie goni za ładnym wyglądem, systematycznością i doskonałością. W każdym razie nawet palcem dla nich nie kiwnie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji bez żalu odrzuci wnioski wynikające z uznanych przesłanek, jeśli tylko nie popycha go naprzód niezadowolony głos dyrygującego nim interesu klasowego lub zdecydowany nacisk z zewnątrz, ze strony jakiejś innej siły społecznej. Tego ogólnego wyobrażenia doskonale dowodzą cytowane wyżej fakty z historii rozwoju ideologii politycznej rosyjskiej inteligencji w ciągu kilku miesięcy ostatniego roku.
Nieporządki rosyjskiego życia dla nikogo nie były tajemnicą także przed ostatnim ożywieniem opozycji. Ale potrzebna była wojna rosyjsko-japońska, kolosalne praktyczne doświadczenie - krwią i żelazem - wszystkich stron porządku państwowego, żeby pchnąć świadomość społeczną od codziennego narzekania na nieporządek w poszczególnych dziedzinach do uogólnionego odrzucenia całego reżimu.
Trzeba było piekielnego oporu biurokracji, gotowej bronić swoich stanowisk do końca, żeby żądanie reformy państwowej rozeszło się z ideą określonego "współuczestnictwa" przedstawicieli ludowych we wszechwładzy biurokracji i doszło do idei walki o zdobycie władzy państwowej. Trzeba było wstrząsającego styczniowego wystąpienia proletariatu, to jest najbardziej aktywnej części tego ludu, którego imienia wzywała myśl opozycyjna, żeby po pierwsze spróbowała ona powiązać problem prawa z problemem siły, a po drugie związała przedstawicielstwo ludowe z hasłem wyborów powszechnych.
I za każdym razem po tym, gdy nowy fakt polityczny zmuszał myśl polityczną inteligenckiej demokracji do nowego kroku, od którego ona jeszcze wczoraj się odcinała, pomimo pojedynczych nalegań, od razu wydawało jej się, że kroku tego dokonuje z własnej woli, jako prostego logicznego wniosku ze starych przesłanek, więcej, wydawało jej się, że ten wniosek wyssała z mlekiem matki. Nie zdając sobie sprawy z mechanizmów poruszających jej ruch, tym samym zastrzega sobie prawo zadowalania się swoją ograniczonością - aż do nowego pouczającego kuksańca.
Jeśli abstrahując od składu opozycji liberalno-demokratycznej i skomplikowanych tarć wewnętrznych weźmiemy pod uwagę jedynie wzrost i rozwój tych haseł, które coraz bardziej panują w jej szeregach, to stwierdzimy kilka charakterystycznych etapów w rozwoju myśli opozycyjnej. Pierwszy "bohaterski" wysiłek, którego musiała ona dokonać, zmierzał do tego, żeby wystąpić przeciw wszystkim poszczególnym rodzajom zła, przemocy, samowoli i nieporządku z jednym ogólnym hasłem, jak to zgrabnie powiedział pewien dziennikarz - od żądania reform przejść do żądania reformy. Żądanie reformy utrwala się w świadomości społecznej jako żądanie udziału w pracach ustawodawczych i w kontroli nad władzą wykonawczą przedstawicieli ludu, wybranych w wolnych wyborach.
Osiągnąwszy ten etap, myśl polityczna opiera się na dwóch sprawach: po pierwsze, na jakich zasadach powinien być zorganizowany udział przedstawicieli ludowych we władzy państwowej, i po drugie, jakimi sposobami to może zostać urzeczywistnione.
Bojowe hasło Zgromadzenia Ustawodawczego, wybranego w powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborach, zastępuje bezkształtną ideę przedstawicielstwa ludowego i jest w świadomości społeczeństwa jakby wyczerpującą odpowiedzią na oba te pytania.
Przejściu od idei przedstawicielstwa ludowego do hasła ogólnonarodowego Zgromadzenia Ustawodawczego towarzyszyła, bo musiała, głęboka zmiana ocen znaczenia i zakresu władzy samego przedstawicielstwa. Ideę udziału ludu w urzeczywistnianiu władzy ustawodawczej zastępuje idea przejścia władzy państwowej w ręce ludu. Ale gdy tylko idea ogólnonarodowego Zgromadzenia Ustawodawczego nabiera dla opozycji znaczenia rzeczywistego określenia tej jedynej drogi, na której tylko jest możliwe kulturowo-polityczne odrodzenie kraju, to myśl społeczna staje twarzą w twarz ze sprawą wstępnych gwarancji, niezbędnych dla zwołania przedstawicieli ludowych: wolności słowa, prasy, zrzeszania się, zgromadzeń, nietykalności osobistej i nietykalności mieszkania oraz powszechnej amnestii dla więzionych z powodów politycznych i religijnych.
Świadomość polityczna wyjaśnia sobie, że wolność wyborów oznacza nie tylko wolność wrzucenia kartki wyborczej do drewnianej urny, ale całą serię praw publicznych, gwarantujących wolność agitacji. Tylko pod warunkiem uznania tych niezbędnych praw ludności, głosi "petycja obywateli do chersońskiego gubernialnego zebrania ziemskiego", mogą i powinni zostać zwołani przedstawiciele ludu. A rezolucja "licznie zgromadzonych przedstawicieli niżegorodzkiego społeczeństwa i obywateli" (sic!) formułuje to żądanie jak ultimatum: "bez wymienionych gwarancji i warunków - mówi ona - instytucje i grupy społeczne powinny odmówić udziału w wyborach deputowanych przyszłego zgromadzenia prawodawczego". W ten sposób już na drugi dzień po wydaniu dekretu wysuwa się hasło bojkotu, jeśli nie jako taktykę, to jako groźbę.
W wyniku skomplikowanych starć, pomyłek, rozczarowań, politycznych pouczeń od góry i od dołu demokratyczna inteligencja utworzyła taką prawną konstytucję: niezbędna jest reorganizacja ustroju państwowego na podstawach demokratycznych; uczynić to może i powinien sam lud w osobie upełnomocnionego Zgromadzenia Ustawodawczego; wybrać swych przedstawicieli do Zgromadzenia Ustawodawczego lud może jedynie pod warunkiem niezbędnych praw i swobód.
Wszystko to jest zupełnie słuszne. Ale kto ustanowi i umocni odpowiednimi instytucjami gwarancje i swobody? Kto zwoła rzeczywiste, nie zmanipulowane ogólnonarodowe Zgromadzenie Ustawodawcze?
W "Projekcie ustawy zasadniczej Cesarstwa Rosyjskiego"(42) znajdujemy następujące, bardzo pouczające oświadczenie:
"Za jedyną prawidłową drogę urzeczywistnienia programu nakreślonego w przedstawionym projekcie uważamy zwołanie Zgromadzenia Ustawodawczego, wybranego przez cały naród w wolnych, bezpośrednich, równych i tajnych wyborach, w celu wypracowania i promulgowania ustawy zasadniczej państwa. Tylko w tym wypadku ustawa ta będzie pochodziła z odpowiadającego jej znaczeniu źródła - z woli ludu. Otwartą pozostawiamy sprawę tego, w jakich warunkach dokona się przejście do nowego ustroju i w jaki sposób zostanie wypracowana i usankcjonowana ordynacja wyborcza do Zgromadzenia Ustawodawczego. Wszystko to zależy od zmiennych zbiegów okoliczności, więc nie poddaje się określeniom prawnym".
Że sposób, w jaki może zostać wywalczone Zgromadzenie Ustawodawcze, nie poddaje się określeniom prawnym, to jest zupełnie bezsporne, bo jest to sposób pozaprawny. Ale powinien on podlegać określeniom taktyki politycznej ze strony tych grup, które nie chcą ograniczać się do czekania z założonymi rękami na szczęśliwy "zbieg okoliczności", który pozwoli im wyciągnąć rękę po władzę.
Jeśli wyzwoleńcy-demokraci, przystosowujący wszystkie swoje gesty i intonację do każdego ze "zmiennych zbiegów okoliczności" w stosunkach między absolutyzmem a ziemstwami, zasadniczo są wrodzy wszelkiej konsekwentnej taktyce, zdolnej jedynie do zawstydzenia ich płomiennej gotowości - to uczciwi demokraci lewego skrzydła jeszcze nie dorośli do wypracowania i realizowania skończonych planów taktycznych. Wyjaśnienie zadań demokratycznych i agitacja w ograniczonych kręgach inteligencji były dla nich całą treścią pracy. I odmowne rozstrzygnięcie sprawy komisji Bułygina jako ogniwa nieprzerwanego łańcucha przekształceń prawnych po raz pierwszy w istocie postawiło lewicę w obliczu pytania: gdzie jest rzeczywista droga?
Moskiewski oddział Towarzystwa Technicznego w obszernym postanowieniu dochodzi do takiego rozstrzygnięcia tej taktycznej sprawy: "Z powodu udowodnionej niezdolności (braku talentu? - L. T.) biurokratycznych komisji do uporania się ze stojącym przed nimi zadaniem dla rozstrzygnięcia sprawy sposobu zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego powinny zostać niezwłocznie zwołane komisje, złożone z wybranych w wolnych wyborach przedstawicieli wszystkich zorganizowanych sił społecznych kraju, a bez żadnego udziału elementu biurokratycznego".
Zorganizowane siły kraju powinny wziąć sprawę zwołania przedstawicieli ludowych w swoje ręce; wybory powinny zostać przeprowadzone osobiście. Niezbędna dla wyborów sytuacja będzie wytworzona w drodze zaimprowizowanego prawa publicznego, co się nazywa w naszym żargonie politycznym “samorzutnie". Na straży wszystkich zdobyczy zaimprowizowanego prawa staną zorganizowane siły społeczne. Pewną, co prawda bardzo wąską i płytką, popularność zyskuje pomysł milicji miejskiej i ziemskiej. 8 marca na posiedzeniu moskiewskiej dumy miejskiej odczytano oświadczenia połączonego zebrania wszystkich grup pomocników adwokatów i Towarzystwa Pedagogicznego, żądające aby samorząd miejski wziął na siebie utworzenie milicji obywatelskiej spośród wszystkich bez wyjątku klas ludności moskiewskiej, ponieważ jedynie milicja może być rzeczywistym środkiem ochrony fizycznej nietykalności i duchowego spokoju obywateli. Oto do jakich wniosków zaczyna coraz bardziej dochodzić myśl demokratyczna.
Ale jeśli agitacja polityczna jeszcze mogła być rozproszona i prowadzona środkami partyzanckimi, to taktyka polityczna, nawet najprymitywniejsza, już wymaga organizacji. Trzeba się organizować, organizować za wszelką cenę! - sama mobilizacja opinii publicznej za pośrednictwem prasy, rezolucji i bankietów nie wystarczy, by osiągnąć cel. Potrzebna jest materialna organizacja sił bojowych.
Pirogowski zjazd lekarzy, który rozpoczął się w Moskwie "samorzutnie", stanowczo oświadczył, że lekarzom niezbędne jest zorganizowanie się dla energicznej walki, ręka w rękę z masami pracującymi, przeciwko ustrojowi biurokratycznemu, o zupełną jego likwidację i o zwołanie Zgromadzenia Ustawodawczego, ale pod warunkiem oddania policji w ręce instytucji społecznych i wcześniejszego wcielenia w życie podstaw nietykalności osobistej i niezbędnych swobód. Wystarczy tylko porównać tę część rezolucji z postanowieniem Petersburskiego Towarzystwa Lekarskiego w przededniu Krwawej Niedzieli o niezbędnej "zmianie porządku prawnego, zaproponowanego przez większość zjazdu ziemców z 6-9 listopada", żeby zobaczyć, jaką drogę przebyła myśl polityczna w ciągu dwóch i pół miesiąca po Krwawej Niedzieli!
Przeprowadzony także w marcu zjazd agronomów i statystyków, wychodząc od tego, że całe społeczeństwo rosyjskie w obecnych czasach nie może pokładać żadnych nadziei w pracujących obecnie rozlicznych komisjach rządowych, doszedł do konkluzji o niezbędności, w celu wcielenia w życie wypracowanego przezeń programu, to jest w celu aktywnego udziału w trwającym ruchu ludowym, zorganizowania związku agronomów, statystyków i innych aktywistów ekonomicznej obsługi ludności.
W ten sposób doszliśmy do momentu utworzenia licznych "związków zawodowych" inteligencji.
"Związkowe" zjednoczenie inteligencji różnych zawodów było podyktowane elementarną potrzebą zwarcia szeregów przez opozycję. Jest to tak jasne, że nad tym nie warto się rozwodzić. Formy tego ruchu związkowego powstawały w pełni pod wpływem ogólnego rozwoju politycznego kraju, pojawienia się nowych sił na nowej arenie.
Idea zjednoczenia w związki zawodowe rodzi się niezależnie od siebie u dwóch grup: profesorskiej i inżynierskiej; bardzo pouczające jest to, że właśnie u tych grup, z których jedna jest w stałym kontakcie z najaktywniejszą częścią inteligencji - studentami, a druga w kontakcie z najbardziej bojową klasą społeczną - proletariatem.
Wiemy, że profesorowie to najbardziej reakcyjna, pozbawiona indywidualności, na wszystko gotowa korporacja inteligencji rosyjskiej. Nie było takiej niewolniczej misji, której podjęcia się profesura by odmówiła. Za urząd i pensję odgrywali oni rolę woźnych państwowej nauki. Nie było takiej represji policyjnej, której aparatem nie byliby profesorowie. Ale nieprzejednana taktyka studentów, walczących o wolności akademickie i swobodę polityczną, obracała wniwecz rządowe i profesorskie państwo policyjne. Antagonizm między profesorami a studentami, nie słuchającymi mądrości swoich nauczycieli, sytych liberałów, zaostrzył się skrajnie, zanim profesorowie pojęli, że tak dalej być nie może: trzeba albo zamknąć uniwersytety na zawsze, albo wywalczyć dla nich niezbędne warunki istnienia. W ten sposób profesorowie nie wydedukowali po prostu przewagi ustroju konstytucyjnego nad absolutystyczno-policyjnym i nie zarazili się po prostu ogólnym nastrojem, lecz zostali wepchnięci, czy może kopnięci na drogę opozycji dzięki bojowemu nieprzejednaniu studentów.
To nie jedyne zjawisko takiego rodzaju, znamy inne, znacznie większe. Przedstawiciele kapitału handlowo-przemysłowego zwrócili się ku "platformie" opozycyjnej nie dzięki czemu innemu, jak wielkiemu rozwojowi strajków. Można prawie uważać za "teoremat" polityczny to, że jeśli mamy dwie bezpośrednio powiązane grupy czy dwie klasy społeczeństwa burżuazyjnego, z których jedna odgrywa rolę podporządkowaną, a druga w tym czy innym stopniu kierowniczą, to klasa kierująca nie wchodzi na drogę opozycji przez jakiś układ pokojowy z klasą zależną, lecz jest przez nią zmuszona do wejścia na tę drogę dzięki jej najbardziej nieprzejednanej taktyce bojowej. Innymi słowy nie umowy i związki powiększają siły opozycyjne, lecz zasadnicze zróżnicowanie polityczne. Stąd wynika lekcja dla demokracji: zajmując każdą nową pozycję trzeba bardziej troszczyć się o jej umocnienie i wykorzystanie wszystkich środków bojowych, niż o zachowanie sojusznika, który dopiero osiąga tę pozycję.
Kiedy studenci w drodze bardzo wyrazistych demonstracji naocznie udowodnili ciągle jeszcze wahającym się profesorom, że nauka powinna być wolna, a wolna nauka możliwa jest jedynie w wolnym państwie, wśród profesorów popularność zyskała myśl o przeprowadzeniu ich zjazdu i utworzeniu związku. Przechodząc na grunt opozycji politycznej, profesorowie po pierwsze chwycili groźny oręż burżuazyjnego liberalizmu: bankiety opozycyjne. Doświadczenie historii świata dawno już zaświadczyło o nadzwyczaj niszczącym wpływie tego środka na stary porządek. Bankiet zaplanowano na 150-lecie uniwersytetu moskiewskiego w dzień św. Tatiany(43) i zaplanowano przyjąć na nim wspomnianą wyżej petycję o "potrzebach oświaty". "4 stycznia - relacjonuje "Ruś" - petycja była już opracowana, i wszystkie polecenia co do bankietu zostały już wydane", przy czym, według tej samej gazety, w redagowaniu petycji i organizacji bankietu brały aktywny udział najwybitniejsze siły opozycyjnej nauki. Tak gotowano w liberalnej kuchni rosyjskiej profesury, i oto nagle na trzy dni przed zaplanowanym bankietem rozpętała się burza Krwawej Niedzieli. Ten krwawy dzień pochłonął, oprócz wielu setek robotników, także kilku studentów, którym nie dane było dożyć tej godziny, kiedy wychowani przez nich profesorowie przystąpią w końcu do bankietowej walki przeciw absolutyzmowi. Zresztą bankiet nie odbył się. "Pierwszą decyzją kółka - wykłada czcigodna "Ruś" - było odwołanie bankietu i przekazanie pieniędzy ze sprzedaży kart wstępu na pomoc dla rodzin robotników zabitych lub rannych w Krwawą Niedzielę". Samo przez się rozumie się, że było to godne pochwały. "Na zebraniach w poniedziałek i środę kółko zajmowało się tą sprawą" i wybrano biuro, które wypracowało podstawowe założenia organizacji Związku Profesorów. Te założenia zostały przyjęte przez zjazd profesorów i wykładowców wyższych uczelni w dniach 25-28 marca, i związek został utworzony.
Marcowy zjazd odbywał się już po zamknięciu wszystkich wyższych uczelni przez studentów na znak protestu przeciw styczniowej zbrodni rządu. W ten sposób ciśnienie tak zwanych ogólnych warunków państwowych na życie akademickie w tym czasie można by było chyba wyrazić w dziesiątkach atmosfer. Szanse nauki uniwersyteckiej wyglądały znacznie gorzej niż szanse rewolucji. Mimo to postanowienia marcowego zjazdu profesorów wyróżniają się słabością charakteru. Panowie profesorowie oświadczają, że nie mogą nie spoglądać z głęboką troską na ciężkie warunki, w jakich znalazł się nasz kraj. Warto przyjrzeć się naukowym okiem na "groźne objawy" - chłopskie rozruchy i robotnicze strajki, żeby zobaczyć, że Rosja znajduje się na skraju przepaści. Każda minuta zwłoki powiększa rządową i społeczną anarchię - "ten zamęt, który grozi krajowi niezliczonymi klęskami". Zjazd profesorski żąda reżimu konstytucyjnego na podstawie powszechnego i równego prawa wyborczego; bezpośredniość pominięto dlatego, że profesorowie są za wyborami pośrednimi, a tajność pominięto po to, żeby odwrócić uwagę od pominięcia bezpośredniości - to stary chwyt wszystkich zwolenników wyborów pośrednich. Rezolucja milczy też o rozciągnięciu praw wyborczych na kobiety. Rozumie się, wspomina o idei sprawiedliwości społecznej i grozi chłopskimi rozruchami i robotniczymi strajkami, ale nie wysuwa dosłownie żadnego programu reformy rolnej ani ustawodawstwa fabrycznego.
Taktyczne wnioski zjazdu jeszcze bardziej porażają swą nicością. Jeśli nie liczyć propozycji, żeby profesorowie zajmowali się upowszechnianiem wiedzy o podstawowych problemach prawa konstytucyjnego, to pozostaje jedna, czysto negatywna dyrektywa taktyczna: od tej pory profesorowie odmawiają popierania w jakikolwiek sposób praktyki policyjni-biurokratycznych nacisków na młodzież studencką.
Powiedzieliśmy już, że Związek Inżynierów powstał mniej więcej w tym samym czasie, co i Związek Profesorów. Okresowe wzburzenie proletariatu, wywołane ogólnym ustrojem społeczno-prawnym i doprowadzające do skomplikowanych starć między kapitałem, pracą i władzą, coraz częściej stawiało inżynierów, znajdujących się, jak obrazowo wyraziła się Grupa Południowo-Zachodnia, między młotem kapitału a kowadłem pracy - w sytuacji bez wyjścia i pozbawiało ich warunków do "spokojnej i godnej pracy". W ten sposób nie ulega wątpliwości, że warunki społeczno-zawodowe życia inżynierów, na które ciężkim brzemieniem legła "okrutna wojna między pracą a kapitałem", zmusiły ich do zrozumienia zupełnej "nieodpowiedniości nowych warunków gospodarczych do przestarzałych form politycznych". Walka o stworzenie warunków do spokojnej i godnej pracy przekształciła się w walkę o o gwarancje konstytucyjne życia państwowego. Do walki o te gwarancje 5 grudnia utworzono w Petersburgu związek inżynierów i techników różnych specjalności. O zadaniach, które stawiał on przed sobą, można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są jasno określone: 1) studiowanie warunków społecznych, w jakich pracuje rosyjski przemysł, 2) wynalezienie i wcielenie w życie polepszenia (sic!) tych warunków(44). Widać związek na początku marzył o swej legalności, skoro przez cały grudzień jego biuro zajmowało się wypracowywaniem jakichś podstaw jego działalności, ale wydarzenia styczniowe, które spadły jak grom z jasnego nieba, jak wyjaśnia okolicznościowe sprawozdanie biura ("Prawo", Nr 11), nie dały doczekać się wypracowania jakiegoś statutu, i związek postanowił, że bez tego uważa się za faktycznie istniejący. Dalsza praktyka utrwaliła tę metodę, ponieważ dla wszystkich stało się jasne, że zalegalizowane towarzystwa w porównaniu z nie zalegalizowanymi, lecz faktycznie istniejącymi, mają jedynie ten przywilej, że mogą zostać zdelegalizowane wskutek jakiegoś widzimisię administracji.
Wydarzenia styczniowe czasowo ożywiły działalność związku. Okazywał on pomoc materialną rannym podczas Krwawej Niedzieli oraz rodzinom ofiar śmiertelnych, potem wziął na siebie inicjatywę utworzenia stołówek dla dzieci proletariuszy, którym przyszło płacić głodem za walkę swoich ojców o lepszą przyszłość dla nowych pokoleń...
Wiemy już o interesującej petycji związku w sprawie rzeczywistych przyczyn ruchu robotniczego, przekazanej Radzie Ministrów na ręce p. Wittego. Związek postanowił wspierać swych członków, którzy są w potrzebie i wyraził zasadniczą pogardę dla inżynierów, wykonujących policyjne funkcje śledzenia "nieprawomyślnych" robotników. Dalej, kiedy pomysł z komisją senatora Szydłowskiego zakończył się żałosnym fiaskiem, dzięki zasadniczym naleganiom i wzorowej wytrzymałości przedstawicieli petersburskiego proletariatu, i kiedy władze zaczęły wyżywać się na poszczególnych wyborcach, poddając ich wszelkim karom, z pobiciem włącznie, Związek Inżynierów publicznie protestował przeciw czysto prowokatorskiej roli odegranej przez p. Szydłowskiego. Jeśli jeszcze wspomnieć o proteście związku przeciw sabatowi czarownic w Baku, który przygotowała policyjno-zbójecka polityka administracji Kaukazu, to otrzymamy mniej lub bardziej pełny szkic działalności związku w tym pierwszym okresie.
Inżynierowie z południowego zachodu, mądrzy, jak sami twierdzą, znacznym życiowym doświadczeniem, dostatecznie zdyscyplinowani swym naukowym poznaniem (i wysokimi pensjami? - L. T.) i zabezpieczeni przez to przed wszelkimi nieprzemyślanymi i niedojrzałymi postanowieniami, obiecali "w jak najkrótszym czasie wystąpić z solidnie umotywowanymi oświadczeniami i petycjami zarówno do przedstawicieli władz terenowych, jak i do najwyższych organów rządowych kraju".
Niestety nic nie wiemy, jaki realny wynik dla szczęścia i dobrobytu południowo-zachodniej Rosji przyniosła ta dojrzała, patentowana taktyka polityczna, polegająca na składaniu solidnie umotywowanych petycji przez dostatecznie zdyscyplinowanych petentów.
Na zjeździe delegatów(45) w dniach 22-24 kwietnia, który zebrał się w Petersburgu, a potem zmuszony był wycofać się na gościnną ziemię Finlandii, jak pisano po francusku w depeszy dziękczynnej do Towarzystwa Inżynierów Fińskich, związek stał się organizacją ogólnorosyjską - w jego skład weszło około 3000 ludzi - i wypracował tak zwaną platformę... Ogólnonarodowe Zgromadzenie Ustawodawcze, przyznanie praw wyborczych kobietom, prawo do samookreślenia narodowego, zagwarantowane w konstytucji, bezzwłoczne ogłoszenie praw publicznych - taka jest polityczna część "platformy". Głównymi zadaniami ustawodawstwa robotniczego zjazd ogłosił: postępowe zmniejszenie (sic) dnia pracy do 8 godzin i państwowe ubezpieczenia dla robotników. Dalej zjazd uznał za niezbędną zasadniczą reformę rolną, ale zupełnie nie określił jej zasad.
Taktyczne rezolucje zjazdu mają w większości charakter negatywny: za nie do pogodzenia z godnością inżyniera uznano uciekanie się do siły zbrojnej w konfliktach pracy z kapitałem, wykluczanie robotników według rejestrów policyjnych, represje za świętowanie 1 maja itd. itd.
Z referatów, których wygłoszenie poprzedziło wypracowanie rezolucji programowych, wyjaśniło się, jak głosi sprawozdanie o pierwszym posiedzeniu, że związki wszędzie powstawały pod wpływem wieści ze stolicy, szczególnie po Krwawej Niedzieli. Musimy to nie tylko zauważyć, ale i podkreślić.
Zjazd przygotowawczy stołecznych i prowincjalnych dziennikarzy w dniach 3-4 marca 1905 r., znany nam już ze swej rezolucji w sprawie narady u marszałka dworu Bułygina, wybrał biuro dla przygotowania pierwszego ogólnorosyjskiego zjazdu dziennikarzy, który odbył się z kolei w Petersburgu w dniach od 5 do 8 kwietnia i założył Związek Pisarzy Rosyjskich. Już na pierwszym posiedzeniu dały się zauważyć, jak to klasyfikują "Nowosti"(46), dwa przeciwstawne nurty: bardziej umiarkowany i bardziej radykalny, przy czym ten pierwszy zwyciężył. W doskonale skomponowanej mowie p. Korolenko(47) zademonstrował jednak nie "bardziej umiarkowany", lecz bardziej NIŻ umiarkowany nurt rosyjskiej demokracji.
Pan Korolenko odmalował swój nastrój pełen trwogi - i odmalował w takich charakterystycznych barwach, że nie możemy określić tego nastroju innym mianem niż polityczny strach. Dołem toczy się coś dużego, ciemnego, gniewnego, grzmiącego - i nadciąga coraz bliżej i bliżej... Na górze umocniło się coś głupiego, okrutnego, bezmyślnego, i nie chce ustąpić... A my, prasa liberalna, stoimy między tymi dwoma napierającymi siłami - gryzie nas, gryzie przedśmiertna tęsknota. Czy wytrzymamy? Czy nie wytrzymamy? I wtedy "to" całym ciężarem zwali się i zmiażdży nasze biedne, miękkie, żyrondystowskie(48) dusze...
Taki sam nastrój - wspomina mówca - był również przed zniesieniem pańszczyzny. Ale wtedy warunki powstały pomyślne... dla kogo?... Wtedy postępowym elementom społeczeństwa w sojuszu z postępowymi elementami biurokracji udało się rozwiązać najważniejsze zadanie tamtych czasów. I wszystkie strachy, cała nagromadzona wzajemna nienawiść, wszystkie groźby znikły jak nocne cienie przed promieniem światła wolności. A teraz? Sojusz prasy z biurokracją, niestety, jest niemożliwy, dlatego że biurokracja kurczowo trzyma się swoich przywilejów. Biurokracja nawet nie rozumie tego, że w istocie liberalna prasa jest ostoją porządku, bo sieje w nieszczęśliwych masach zbawczą nadzieję - nadzieję na reformę od góry. A nadzieja zastępuje rozpacz oczekiwaniem. Ale czy spełni się ta nadzieja? Czy też okłamie i wzmocni tym rozpacz? Czy wystarczy "współczesnemu pokoleniu" sił dla rozwiązania zadania i zapobieżenia kataklizmowi? Czy też rzuci się na nas ta groźba, która dojrzewa w dołach? Oto na czym polega alarmujący problem. Bardzo pięknie i prawdziwie śpiewała żyrondystowska dusza artysty-pisarza o przedrewolucyjnym strachu politycznym rosyjskiej demokracji. Powitana "przyjaznymi oklaskami" mowa p. Korolenki w swoim rodzaju jest warta dziesięciu demokratycznych "platform".
Ale zjazd mimo wszystko nie ograniczył się do poetyckiego wyznania i przyjął propozycję p. Milukowa, który jak wiadomo uważa się za realistycznego polityka, żeby wypracować podstawy programu i taktyki.
Przy omawianiu platformy politycznej wynikła różnica zdań w sprawie przyznania praw wyborczych kobietom - "przytłaczającą większością głosów ta sprawa została załatwiona pozytywnie".
Kwestia rolna została rozwiązana przez zjazd bardziej szeroko niż w sposób określony, i bardziej wielkodusznie niż głęboko. Związek pisarzy postawił przed sobą zadanie "dążenia do urzeczywistnienia (cóż za ostrożność! - L. T.) takiej polityki gospodarczej, w której wyniku cały zasób ziemi w kraju postawiono by do dyspozycji ludu pracującego" (cóż za śmiałość! - L. T.) Każdy, kto będzie bronić dodatkowego przydziału za wykupem, organizacji przesiedleń i Bóg wie jakich jeszcze radykalnych środków, będzie czuł się jak w kursie "dążeń do urzeczywistnienia" programu rolnego na modłę Kautskiego. Nie dziwota, że tę rezolucję, tak bojaźliwą i tak "śmiałą" równocześnie, poparło ponad 80 delegatów, to jest wszyscy oprócz marksistów, którzy wstrzymali się od głosu(?) widocznie dlatego, że plują na takie sformułowania, które obiecują wszystko i nic. Za nacjonalizacją ziemi równocześnie z państwowym przekształceniem padły już tylko 54 głosy. Nie będziemy tu poddawać szczegółowej krytyce twórczości demokracji burżuazyjnej w kwestii rolnej - poniżej zrobimy to w innej kwestii.
Głęboko pouczające są konkluzje panów pisarzy rosyjskich w kwestii robotniczej. Jednogłośnie zjazd wypowiedział się za państwowym ubezpieczeniem robotników, za uregulowaniem (a nie likwidacją!) pracy nocnej, za ograniczeniem (a nie bezwarunkowym zakazem) pracy dzieci. Problem niezwłocznego wprowadzenia 8-godzinnego dnia roboczego wywołał rozłam: odpowiednia rezolucja przeszła stosunkiem głosów 50:42 przy 6 wstrzymujących się. Wtedy zaproponowano inną rezolucję, żądającą niezwłocznego wprowadzenia 8-godzinnego dnia roboczego jedynie w tych zakładach, gdzie jest on "możliwy z przyczyn technicznych w obecnym czasie", i podjęcia należnych środków dla wprowadzenia go "w najkrótszym czasie" we wszystkich innych zakładach, ale i tę rezolucję uchwalono stosunkiem głosów 52:49.
Wtedy zgłoszono wniosek, by do platformy związku pisarzy wprowadzić nie tylko ustawową ochronę ludzi pracy, ale i ni mniej, ni więcej, tylko "współdziałanie z proletariatem w jego walce o polityczne i ekonomiczne wyzwolenie i dążenie do uspołecznienia środków produkcji". Tak, tak! I cóż? Program socjalistyczny, bo przecież to jest socjalizm, panowie! - został ustanowiony "przytłaczającą większością głosów" pisarzy. Stało się to na wieczornym posiedzeniu ogólnorosyjskiego zjazdu 6 kwietnia, Roku Pańskiego 1905...
I tak po 6 kwietnia 1905 r. "przytłaczająca większość" rosyjskiej prasy wstąpiła na drogę służby socjalizmowi. Zadziwiająca sprawa, że nikt tego nawet nie zauważył! Osobiście zawsze bardzo uważnie śledzę rosyjskie dziennikarstwo i musimy się przyznać, że dopiero teraz, studiując wszystkie deklaracje polityczne inteligencji rosyjskiej w ciągu ostatniego roku, dowiadujemy się o takim wielkim i równocześnie ekstremalnie tanim zwycięstwie międzynarodowego socjalizmu w naszej ojczyźnie... Przez przytłaczającą większość zostało usankcjonowane dążenie do uspołecznienia środków produkcji. Szkoda, wielka szkoda, że w tej sprawie nie przeprowadzono głosowania imiennego. Przez to pozostaje dla nas tajemnicą zachowanie choćby delegata "Gońca Europy". Albo czy p. Słonimskij(49), wielki pogromca Marksa, przeszedł na stronę komunizmu? A p. Milukow? A p. Korolenko? A "Rosyjskie Wiadomości"? Wszyscy oni 6 kwietnia powtórzyli słynne słowa Gladstone'a(50): "Wszyscy jesteśmy socjalistami". Wszyscy, nawet "Wiadomości Giełdowe"(51), w tak pięknych słowach broniące wraz z platformą związku platformy pana Wittego! Zresztą w tym nie ma nawet żadnej sprzeczności: "Moskiewskie Wiadomości", które poważnie myślą, że "oni wszyscy są socjalistami", nie tak dawno pisały, że kogo jak kogo, ale pana Wittego nikt, rozumie się, nie będzie podejrzewał o negatywny stosunek do idei socjalistycznych.
Tak, oni wszyscy są socjalistami! I ci, którzy wypowiadali się przeciw równouprawnieniu kobiet, i nawet ci, co głosowali przeciw ośmiogodzinnemu dniowi roboczemu. Przyjąwszy tak niespodziewani program socjalistyczny, ci śmiali dżentelmeni rozjechali się do swoich redakcji i znowu wsiedli na swoje koniki: jedni nadal bronią programu zjazdów ziemskich, inni programu pana Wittego, nikomu jeszcze zresztą nieznanego.
"Dążenie do uspołecznienia środków produkcji!..." - cóż to jednak oznacza? O to właśnie chodzi, że to niczego nie oznacza. Czy też być może słuszniej będzie powiedzieć, że to oznacza - świadomą lub nieświadomą - szarlatanerię polityczną.
Zjazd obradował w takich czasach, w których nawet p. Korolenko musiał przyznać, że "ogromny kontyngent proletariatu fabryczno-zakładowego już uświadomił sobie ważność wolnych form politycznych" - i nie tylko wolnych form politycznych, ale i pełnej, to jest socjalistycznej wolności od ucisku kapitału. Ignorować proletariatu burżuazyjna demokracja już nie może. To znaczy, że musi ustąpić miejsca temu "ogromnemu kontyngentowi" na swojej małej platformie. Ośmiogodzinny dzień roboczy? Oczywiście, to ulubione hasło proletariatu. Ale przecież to hasło jednak do czegoś zobowiązuje. Tu mamy do czynienia po prostu z liczbą: osiem godzin, nie mniej i nie więcej. Przysięgać na wierność temu hasłu to znaczy utrudnić sobie omawianie programów ziemskich i przemysłowych, a także nikomu jeszcze nieznanego programu pana Wittego. Ale rozpisywać się o "dążeniu do uspołecznienia", - mój Boże! - kogo i do czego to zobowiązuje? A tymczasem to niezły atut w walce przeciw socjaldemokracji. Oskarżacie nas o ograniczony burżuazyjny liberalizm? Czekajcie! zaraz wam pokażemy, - biuro naszego związku ma schowany w archiwum nasz program, - no więc, jeśli go odnaleźć i przeczytać, to z niego można bez wątpienia upewnić się, że 6 kwietnia 1905 r. my wszyscy przysięgaliśmy wspierać naszymi piórami "dążenie do uspołecznienia środków produkcji". Teraz jest zrozumiałe, dlaczego wszyscy oni są socjalistami... I żeby już z tym skończyć, dodajmy że w końcu problemy społeczno-gospodarcze, w imię jedności, zostały całkiem wykreślone z platformy, i stała się ona czysto polityczną.
W kwestii taktyki zjazd uznał za najbardziej celowy "bezpośredni i aktywny" sposób działania, i nie wiemy, jak pogodził się z tym żyrondystowski strach p. Korolenki i tych, co przyjaźnie oklaskiwali go. Zresztą bezpośredni i aktywny sposób działania polegał zdaniem zjazdu na naleganiach i agitacji na rzecz niezwłocznego zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego, za pośrednictwem prasy legalnej i nielegalnej, organizowania demonstracji, zebrań i wieców ludowych, i wreszcie zwłaszcza tworzenia szeregu związków zawodowych, z możliwością zjednoczenia ich działalności w związku związków.
O ile nam wiadomo, żadnego "bezpośredniego i aktywnego" sposobu działania Związek Pisarzy, jako taki, nie przejawiał. Ale być może można byłoby mu to wybaczyć czy przynajmniej znaleźć okoliczności łagodzące, gdyby w swojej agitacji gazetowej jego członkowie dochowali wierności choćby tylko przyjętym przez siebie dyrektywom politycznym. Znaleźlibyśmy dla nich być może usprawiedliwienie, gdyby oni, nie wchodząc sami osobiście na drogę walki, popierali taki sposób działania w swojej prasie lub przynajmniej powstrzymywali się od agitacji literackiej, skierowanej przeciw bezpośredniemu i aktywnemu sposobowi działania. Ale nie było nawet tego! Nie było ani jednej liberalnej gazety, która służyłaby swemu programowi inaczej niż przez codzienne naruszanie go. Nie było ani jednej gazety, która powstrzymałaby się przed pokusą podniesienia ręki na przedstawicieli "bezpośredniego i aktywnego" sposobu działania! Twierdzimy, i jesteśmy gotowi przyjąć wyzwanie każdej z naszych liberalnych i radykalnych gazet i udowodnić przed każdym jury, że powszednia agitacja polityczna całej naszej prasy, całej bez wyjątku, stoi nieporównanie niżej nawet od tych zasad politycznych, które przez przedstawicieli tejże prasy są uznawane w uroczystych deklaracjach. Nasze opozycyjne gazety w swej pracy różnią się od siebie wzajemnie jedynie stopniem zdrady podstawowych i elementarnych zasad demokracji.
Najbardziej szumnie odbyło się niewątpliwie utworzenie Ogólnorosyjskiego Związku Personelu Medycznego. Utworzenie to nastąpiło na zjeździe pirogowskim, który zebrał się nie tylko bez zezwolenia rządu, ale nawet wbrew jego wyraźnemu zakazowi. W końcu władze centralne usankcjonowały zjazd, gdy już faktycznie obradował.
Rezolucja pirogowskiego zjazdu z 20 marca, która legła u podstaw związku medycznego jako jego "platforma", stoi nieporównanie wyżej od wszystkich innych programów "związkowych" pod tym względem, że żądania demokratyczne są w niej wyraźnie określone i pełne.
Zjazd pirogowski, jak już wiemy, żąda niezwłocznego zaprzestania wojny i przejścia policji w ręce organów samorządu w charakterze środków, które powinny zostać urzeczywistnione jeszcze przed zwołaniem Zgromadzenia Ustawodawczego; to ostatnie, jak i organy samorządu, powinno pochodzić z wyborów tajnych, bezpośrednich, równych i powszechnych, to znaczy przy udziale także kobiet. Powinno ono uchwalić, że najwyższą władzę w państwie nadaje jednoizbowemu zgromadzeniu prawodawczemu, wybranemu na takich samych zasadach. Zauważmy tu, że nie znamy innego szczerego głosu z szeregów demokracji, wypowiadającego się za systemem jednoizbowym; wszystkie zjazdy i związki do tej pory zupełnie pomijały ten kardynalny problem; co się tyczy prasy, to ona albo otwarcie przyłączała się do dwuizbowej konstrukcji ziemców i wyzwoleńców, albo, jak "Syn Ojczyzny", ze strachu merdała ogonem w tej sprawie, tłumacząc się, że niejasna jest dla niej przewaga jednej izby nad dwiema pod względem demokracji. Dalej rezolucja zjazdu pirogowskiego żąda, żeby to pierwsze Zgromadzenie, to jest Ustawodawcze, oprócz prac organizacyjno-konstytucyjnych i oprócz ustanowienia powszechnego, bezpłatnego nauczania oraz oddzielenia Kościoła pod państwa przeprowadziło podstawowe reformy finansowe, rolne i fabryczne: wprowadziło progresywny podatek dochodowy, obdzieliło chłopów pracujących ziemią państwową, udzielną, klasztorną i obszarniczą, ustanowiło 8-godzinny dzień roboczy we wszystkich sferach pracy, minimum płacy roboczej i państwowe ubezpieczenia dla robotników.
Zadanie powstającego związku rezolucja widzi w energicznej (czyli "bezpośredniej i aktywnej") walce ramię w ramię z masami pracującymi przeciw obecnemu ustrojowi państwowemu w celu zupełnego zlikwidowania go i zastąpienia go ustrojem wolności dzięki Zgromadzeniu Ustawodawczemu.
W rezolucji można wskazać jeden ekstremalnie poważny brak, mający wcale nie tylko formalne znaczenie: to przemilczenie niezbędności unicestwienia stałej armii i zastąpienia jej przez pospolite ruszenie, to jest milicję. I stąd trzeba wyprowadzić taktyczny wniosek o niezbędności niezwłocznego przystąpienia do urzeczywistniania tego podstawowego żądania demokracji zorganizowanymi siłami i "ramię w ramię z klasami pracującymi", bo bez tego grozi nam, że "energiczna, bezpośrednia i aktywna" walka o ludowładztwo zostanie ozdobą postanowień papierowych, nie wzbudzających zaufania ani szacunku ani dla tych, co je piszą, ani dla tych, co je czytają.
Zamknięcie obrad zjazdu pirogowskiego odbyło się tak samo szumnie, jak i ich otwarcie. Cytujemy tu scenę zamknięcia z malowniczego reportażu "Moskiewskich Wiadomości".
"Ogłoszone zostały w sposób oficjalny rezolucje polityczne, wypracowane na prywatnej naradzie lekarzy 20 marca... Wszystkie rezolucje przyjęto ogłuszającymi oklaskami. Delegaci na zjazd i publiczność jednogłośnie postanowili podjąć wszelkie środki dla rozpowszechnieniu w kraju rezolucji zjazdu. Przewodniczący odczytuje oświadczenie grupy lekarzy o utworzeniu Ogólnorosyjskiego Związku Personelu Medycznego w celu walki przeciw istniejącemu ustrojowi państwowemu i przyczynienia się do jak najszybszego wprowadzenia konstytucyjnego sposobu rządów. Propozycja spotkała się z jednomyślną sympatią lekarzy i publiczności i z jednomyślnym głosowaniem za nią. Z 3000 obecnych nikt nie głosował przeciw. Potem została odczytana przez wiceprezesa słynnego Towarzystwa Rolnego A. W. Teslenkę(52) pełna oburzenia rezolucja oddziału weterynarzy, powtarzająca ostrzejszymi słowami już przyjęte postanowienia. Lekarz D. J. Dorf odczytuje w imieniu jakichś studentów prawdziwą proklamację, która kończy się słowami: "Precz z samodzierżawiem!" To zakończenie podchwytywane jest przez obecnych studentów i wiele innych osób z publiczności, i cała sala konserwatorium rozbrzmiewa okrzykami: >>Precz z samodzierżawiem! Niech żyje republika!<< Kiedy szaleństwo studentów (zresztą teraz nie studiujących) ucichło. przewodniczący oświadcza, że zjazd wykonał swoje zadanie i zamyka obrady. Znów rozlegają się oklaski i namiętne okrzyki. Wielu wydawało się niepojętym, dlaczego zjazd zamyka się (przed czasem dozwolonym przez rząd). D. J. Dorf wyjaśnia: >>Bo sami otwieraliśmy zjazd, to i sami go zamykamy<<".
Tu dziennikarz "Moskiewskich Wiadomości" nie wytrzymał już tego smutnego spektaklu i opuścił zjazd.
Jakże nie wspomnieć tu zjazdów ze stycznia 1904 roku! Jakże nie wspomnieć tego finału muzycznego, w którym bez śladu utonęły opozycyjne rezolucje zjazdu pirogowskiego! Jak wiadomo, przed zakończeniem zjazdu z 1904 r. proponowano odczytać na głos i przegłosować wypracowane za kulisami rezolucje, ale ledwo przystąpiono do rzeczy, kiedy z chóru wściekle runęły dźwięki przygotowanej wcześniej orkiestry wojskowej. Jak hucznie, pewnie i nagle huczały, ryczały, stękały i wyły trąby, litaury i bębny p. Plehwego! Rozpętanym rykiem patriotyczno-kamaryńskiej melodii zagłuszano bojaźliwe głosy konstytucyjne. Pijani musztrą, własnymi dźwiękami, a może i winem żołnierze dęli ile sił w płucach i z całej siły bębnili, koszmarny chaos dźwięków niszczył atmosferę, a nieszczęśni delegaci stołecznego i prowincjonalnego zamętu, jakby zostali opluci, jakby naruszono ich nietykalność cielesną, uciekali ukradkiem z tego muzycznego piekła... Tak było w styczniu 1904 r. W marcu 1905 r. jeszcze nie zamókł oczywiście proch w prochowniach absolutyzmu. Ale już z zeszłorocznej opętanej pewności siebie przy akompaniamencie zwycięskich dźwięków nie zostało ani śladu.
Przypomina się nam opowiadanie Dostojewskiego o muzycznej wariacji fortepianowej na temat wojny francusko-pruskiej. Wariacja ta zaczyna się potężnymi dźwiękami "Marsylianki". A potem skądś zza węgła wmiesza się w nią piskliwy głos podłego niemieckiego walca "Mój kochany Augustynie"... Walka między dwoma melodiami narasta, narasta... "Marsylianka" przycicha, walc się wzmacnia... w końcu dźwięki "Marsylianki" zupełnie toną w falach dziarskiego walca, tej muzycznej apoteozy triumfującej siły żołdacko-mieszczańskiej(53).
Ale bywa, jak widzimy, i inaczej. Trująca symfonia samowoli rozbrzmiewa po grodach i siołach nieszczęsnego kraju, i wydaje się jej, że królestwu jej nie będzie końca. Ale oto naprzeciw azjatyckiemu rykowi występują z nagą piersią młode dźwięki "Marsylianki". Wściekle stęka żołnierska melodia, jak opętane bębnią armijne bębny i chcą pogrzebać "Marsyliankę", jak ostatnie słowa skazanego na śmierć. Ale pieśń wolności nie poddaje się. Jej dźwięki narastają, umacniają się, brzmią coraz bardziej metalicznie. Oto już rozbrzmiewa ona jak potężny dzwon na trwogę, ogólnonarodowe wezwanie do broni. Jeszcze chwila, a będzie rozbrzmiewać jak triumfujący dzwon zwycięstwa.
Ożywienie wywołane wśród inteligencji przez wydarzenia Krwawej Niedzieli odbijało się na wszystkim: i na treści żądań, i na ich formie, i w samym tonie głosu politycznego. Ale bezpośredni winowajca tego niebywałego ożywienia, proletariat, szybko zaczął zaćmiewać się w świadomości inteligencji i tracić urok dni styczniowych. Co prawda strajk rozprzestrzeniał się po całej Rusi jak pożar po amerykańskiej prerii. Ale po Krwawej Niedzieli, po tym strasznym chrzcie bojowym czołowych szeregów, zwykła mobilizacja pozostałej armii już nie mogła wywierać tego wrażenia. Do strajku się przyzwyczajano. Jego to porywczy, to przeciągający się charakter stał się zwykłym szarym tłem ruchu wyzwoleńczego. I chociaż argumentu proletariatu nie ruszano w rezolucjach i listach otwartych liberalnej prasy pod adresem reakcji, ale jak już zauważyliśmy wyżej, wiara w niego znów upadała. Potężna walka proletariatu w Warszawie, Łodzi, Rydze i na Kaukazie co prawda imponowała inteligencji, ale walka ta miała peryferyjny, prowincjonalny charakter i decydującego znaczenia mieć nie mogła.
Zbliżane się 1 maja znów podniosło i skoncentrowało uwagę inteligencji na proletariacie. Prasa liberalna poświęciła międzynarodowemu świętu robotniczemu cały szereg artykułów. Udowadniała, że święto robotników to święto pokoju, manifestacja solidarności; że w całym świecie dzień ten mija bez ofiar; że ze strony rządu rosyjskiego byłoby "nierozumnym", "niecelowym" i wreszcie "niesprawiedliwym" zamieniać święto braterstwa w krwawą łaźnię. Nie wątpimy, że argumentacja ta miała wydać się generałowi Trepowowi zupełnie nieodpartą. "Wiadomości", w których nagromadzili się radykalni dziennikarze - jednak ze starym kierownictwem redakcji - i w ten sposób nadali tej gazecie prawie że lwi tyłek przy zupełnie nie lwiej głowie - "Wiadomości" pisały, że "jednak" lepiej powstrzymać się od świętowania 1 maja, bo mogą być ofiary, a tymczasem "my" możemy osiągnąć cel i bez nowych krwawych wysiłków, bo czas pracuje dla nas i "istotny bieg spraw". Czym jest ten "istotny bieg spraw", z którego wykluczono świadomą walkę polityczną, gazeta jednak nie powiedziała. tak czy inaczej uwaga liberalnego towarzystwa znów została rozbudzona przez proletariat. Niecierpliwym zaczęło się wydawać, że on znów wystąpi i położy kres męczącemu kryzysowi.
Porażka wystąpienia pierwszomajowego, nad której przyczynami tu nie będziemy się zatrzymywać, ostro obniżyła zaufanie inteligencji do dojrzałości i siły proletariatu. W takim momencie, kiedy jest tak potrzebny, kiedy czekają go z takim bolesnym napięciem, - nie ma go! Rozczarowanie miało ostry charakter z odcieniem jakiejś radości z powodu cudzej szkody, chociaż oczywiście bezpośrednio nie zostało to wyrażone w liberalnej prasie.
Za to ostro wyraziło się to w nowej ocenie własnych sił. Od pierwotnego "ubóstwienia" proletariatu do niecierpliwego rozczarowania przejście było bardzo szybkie; od rozczarowania "niedojrzałością ludu" do przesadnej samooceny - jeszcze szybsze. Inteligencja porównywała swoją impulsywność, zdolność szybkiej reakcji na zamęt, z tym powolnym i ciężkim rozruchem mas - i znów gotowa była uznać, że ma nad nimi wielką przewagę.
Na tym tle psychologicznym idea "Związku Związków" nabiera choćby nieostrych, ale ogromnie ważnych cech. Rząd zmierza do obiecanego przedstawicielstwa ludowego drogą dyktatury wojskowej. Lud, jak się okazuje, nie dojrzał wystarczająco, by dać odpór. W takim razie inteligencja bierze sprawę w swoje ręce.
Na początku maja istniały już, nie licząc Związku Ziemskiego, to jest organizacji ziemców-wyzwoleńców, związki: akademicki, inżynierów, adwokatów, agronomów i statystyków, lekarzy, weterynarzy, farmaceutów, urzędników kolejowych, dziennikarzy, emancypantek, Żydów, nauczycieli, biuralistów i księgowych, i przystąpiły do łączenia swych sił. W maju powstał jeszcze Związek Chłopski(54).
Malowany był taki złudny obraz: Związek Ziemców, ostoja i nadzieja, połączy się ze związkami inteligencji; potem do nich przyłączą się związki chłopski i robotniczy; ta potężna sieć, ogarnąwszy cały kraj, utworzy Związek Związków jako swój organ centralny. Wtedy zadanie będzie w istocie rozwiązane. Związek Związków weźmie na siebie funkcje niezdolnej do tego komisji marszałka dworu Bułygina, wypracuje ordynację wyborczą i zwoła Zgromadzenie Ustawodawcze. Taki był plan, noszony w głowach najbardziej odważnych i w większej lub mniejszej mierze podzielany przez całą szeregową masę stowarzyszeń demokratycznych.
8 i 9 maja w Moskwie odbył się zjazd ogółem 54 delegatów 14 wyżej wymienionych związków(55). Odczytano streszczenie platform politycznych wszystkich 14 związków, przy czym wyjaśniło się, że wszystkie one są zgodne w podstawowym żądaniu niezwłocznego zwołania Zgromadzenia Ustawodawczego, wybranego w powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborach, chociaż na zjeździe, jak informował korespondent "Wiadomości", ostro wyróżniały się te trzy nurty społeczno-polityczne, które panują w obecnym czasie w społeczeństwie rosyjskim (zapewne konstytucyjni demokraci, socjaliści-rewolucjoniści i socjaldemokraci). Wypracowano ogólne federacyjne normy zjednoczenia autonomicznych związków, przyjęto rezolucje w sprawie reakcyjno-pyszałkowatej taktyki liberalnej moskiewskiej dumy i zarządu wobec robotników w tym mieście. W odpowiedzi otrzymano od księcia Golicyna rozumie się, że najbardziej uspokajające zapewnienia. Potem delegaci się rozjechali.
Zjazd ten z całą oczywistością wykazał brak u związków jakiegokolwiek politycznego (to jest masowego) oparcia i dlatego zupełną niezdolność do "czynów". Tu powtórzyło się to samo, co w okresie listopadowych i grudniowych bankietów. Na początku sam pomysł organizacji ogólnorosyjskich związków, w których skład wejdą - jak pisał kiedyś Hercen(56), wyśmiewając się z Bakunina(57), - studenci, robotnicy, generałowie, kapłani, kobiety, ptaki i pszczoły - sam fakt takiej organizacji, niezależnie od jej funkcji politycznych, wydawał się rozwiązaniem problemu. "Związki" tworzyły się jako kierownicze organizacje polityczne, chociaż nie wiadomo było, czym właściwie będą one kierować. "Związek Związków" powstał jako koalicja tych przygotowanych na zapas organizacji kierowniczych i sam okazał się być przygotowanym na zapas demokratycznym prawie że rządem tymczasowym. Ale kiedy gmach został zbudowany, platformy sprowadzone do jednego, pomimo "ostrego przejawienia się" trzech kierunków, kiedy zostało utworzone centralne biuro jako zwieńczenie tego gmachu, wtedy dopiero w całej swojej zabójczej krasie stanęło przed nimi pytanie: cóż dalej? gdzież czyny?
Oczywiście, Związek Związków mógłby, zebrawszy się w sposób na wpół konspiracyjny - taka jest w ogóle na wpół zamierzona, a na wpół wymuszona taktyka związków - zredagować jako przeciwwaga dla biurokratycznej komisji własny projekt konstytucji i wypracować własną ordynację wyborczą. Ale od tego rzeczywistego losu reformy konstytucyjnej jeszcze nie wziąłby w swoje ręce. Cóż robić? Gdzież czyny?
Przed demokracją powstaje pytanie o taktykę, o bojową politykę, to jest właśnie o to, w imię czego tworzy się wszelkie organizacje i buduje się platformy. W świadomości demokracji znów pojawia się wizerunek proletariatu jako wzoru solidarności. Wybucha i zyskuje błyskawiczną, choć niegłęboką popularność idea powszechnego strajku politycznego liberalnej profesji. Klasa robotnicza nie tylko dała inteligencji hasła polityczne, ale i zmusił ją do wejścia na drogę naśladowania go w dziedzinie metod walki.
15 maja haniebnie, jak wszystko w tej haniebnej wojnie, zginęła rosyjska flota pod Cuszimą. Była to katastrofa. Tak nazwał klęskę cuszimską książę Jewgienij Trubieckoj w 21 numerze "Prawa"(58). Pisał on, że kpiny z opinii publicznej muszą się kiedyś skończyć. Próby obrócenia wniwecz dekretu Najjaśniejszego Pana z 18 lutego mogą doprowadzić do katastrofy. Na dalsze dążenie naszych kuratorów do kurateli nad nami słów brak. Teraz, kiedy jesteście rozbici na lądzie i na morzu, pozostaje wam jedynie poddać się, kapitulować. "Odsuńcie się, panowie, i dajcie wolną drogę przedstawicielom ludowym!"
"Oni" odpowiedzieli na ten krzyk oburzenia podwójnie. Z jednej strony ogłosili, że 26 maja Rada Ministrów przystąpiła do omawiania projektu bułyginowskiego. Czego się po tym spodziewać, nikt nie wiedział. Z drugiej strony 24 maja poinformowano o mianowaniu komendantem policji generała Trepowa. Czego się po tym spodziewać, wszyscy wiedzieli aż nazbyt dobrze.
W tym momencie zostało zwołane nadzwyczajne zebranie delegatów Związku Związków. Związek Ziemski w tym zebraniu udziału nie brał pod pretekstem, że równocześnie odbywał się zjazd zjednoczeniowy działaczy ziemskich i miejskich, na którym pisano wspólną petycję i wybierano wspólną delegację dla jej wręczenia. Ale za to do